wtorek, 30 lipca 2013

Wisior

Witajcie!

Dziś przybywam do Was z letnim wisiorem. Przybyło mi ostatnio w szafie błękitów i różu, więc trzeba zadbać o dodatki :)



                                                                            zbliżenie



Materiały: koraliki szklane, turkus i agaty plus elementy metalowe i rzemyk.

Mało ostatnio tworzę, bo większość czasu spędzam z dzieciaczkami na dworze, a wieczorami wolę poczytać, ale skoro już zasiadłam do koralików i rozłożyłam cały ten kram, to na pewno coś jeszcze powstanie. O włóczce przy tych temperaturach nawet nie myślę! :)

Natomiast co do czytania, to chciałam jeszcze wspomnieć o tym, jak bardzo rozczulił mnie ostatnio małżon...

Siedzę na balkonie pochłonięta cudowną książką Ligockiej. Zosało mi 5 stron, więc mimo zmierzchu i coraz większych problemów z czytaniem koniecznie chcę ją skończyć. W pokoju siedzi mąż, obserwuje, po czym bez słowa wstaje i przychodzi z latarką, przyświecając te ostatnie zdania... Najpiękniejsze wyznanie miłosne w moim życiu! Piękniejsze od każdego bukietu kwiatów :)

Ściskam Was Kochani mocno i życzę miłego dnia!

czwartek, 25 lipca 2013

"Kaznodzieja" Camilla Läckberg

Jako antidotum na ostatnią dość ciężką lekturę, sięgnęłam po sprawdzony, skandynawski kryminał. Wybór nieprzypadkowy, bo "Księżniczka z lodu" - pierwsza książka szwedzkiej autorki, Camilli Läckberg zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

zdjęcie i opis z lubimyczytac.pl
"Kaznodzieja to pełna niespodzianek powieść kryminalna, która umiejętnie splata wątki z przeszłości z teraźniejszością.

Pewnego letniego ranka mały chłopiec w czasie zabawy w wąwozie leżącym nieopodal Fjällbacka odnajduje nagie zwłoki młodej dziewczyny. Patrik Hedström i jego koledzy z komisariatu w Tanumshede stają przed bardzo skomplikowaną zagadką. Okazuje się bowiem, że pod ciałem dziewczyny leżą szkielety dwóch innych kobiet, które zaginęły pod koniec lat 70-tych..."

"Kaznodzieja" stanowi swego rodzaju kontynuację "Księżniczki...", jednak spokojnie można czytać tę książkę osobno, gdyż kontynuacja ta polega jedynie na rozwinięciu losu kilku bohaterów, których historię poznaliśmy wcześniej, co jednak nie ma większego wpływu na rozwój wypadków.

Tym razem zagadka jest znacznie bardziej skomplikowana niż poprzednim razem, gdyż dotyczy morderstwa aż czterech młodych kobiet i do końca nie wiemy co tak naprawdę łączy te wszystkie historie. Na pierwszy rzut oka domyślamy się pewnych powiązań, ale czy okażą się one trafne?

Camilla Läckberg wspaniale łączy w sobie elementy klasycznego kryminału z tymi, spełniającymi  wymagania współczesnego czytelnika. Ani nie nadużywa ona nowinek technicznych, które rozwiązałyby zagadkę w przeciągu godziny, ani nie nadwyręża naszej cierpliwości brnąc bez końca w wątki poboczne. Jak dla mnie proporcje pomiędzy tłem, a historią właściwą są idealnie wyważone, bohaterowie jak najbardziej przekonujący, a sama zagadka szalenie ciekawa. Poza tym historia jest spójna i  wciągająca, więc czego chcieć więcej?

Myślę, że po książki Camilli Läckberg można sięgać w ciemno. Ta pisarka ma nie tylko talent, ale i klasę. Wydaje mi się, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy, a ja póki co szalenie się cieszę, że jeszcze tyle jej książek przede mną :)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Ślub z polskim akcentem, czyli landshuckie wesele!

Za nami bardzo intensywny, a zarazem przepiękny weekend! Jedną z atrakcji był niedzielny wypad do Landshutu na największy historyczny festyn w Europie,czyli Landshuter Hochzeit 1475.

Impreza na której byliśmy odbywa się raz na cztery lata i stanowi wielkie święto nie tylko dla mieszkańców tego miasta, ale i dla całej Bawarii. Festyn organizowany jest na pamiątkę zaślubin Jadwigi, córki Kazimierza Jagiellończyka z bawarskim księciem, Jerzym Bogatym. Dwumiesięczna wędrówka18-letniej wówczas Jadwigi z Krakowa do Landshutu oraz cała otoczka towarzysząca zaślubinom tak zachwyciła mieszkańców tego miasta, że od 110 lat odtwarzają ją oni na nowo z coraz większym rozmachem.


Na jednej ze stron wyczytałam, że na podstawie dokumentów pochodzących z tamtej epoki obliczono, iż dziś  wesele to kosztowałoby co najmniej 12,5 milona euro. Bawiły się na nim największe światowe znakomitości, gości liczono w tysiącach, a obrazy przedstawiające orszak ślubny po dziś dzień przyprawiają o zawrót głowy. Nie inaczej jest teraz. Replika zaślubin ściąga do Landshutu tysiące turystów z całego świata, a czynny udział bierze w niej ponad 2000 mieszkańców tego miasta, którzy przebrani w średniowieczne stroje całym sercem przybliżają nam całe to wydarzenie. 

Choć na całość tej imprezy składa się wiele różnorakich atrakcji, to największą popularnością bez wątpienia cieszy się parada ukazująca orszak ślubny oraz głównych bohaterów, czyli Jadwigę i Jerzego.
Przyznać trzeba, że zarówno organizatorzy, jak i uczestnicy dają z siebie wszystko.To niesamowite jak bardzo upodobnili się oni do odtwarzanych przez siebie postaci. Uwierzycie, że większość z nich już na dwa lata przed występem zaczyna się przygotowywać, zapuszczać włosy, brody itd.?!

























Było hucznie, klimatycznie i kolorowo, a widok panny młodej zapierał dech w piersiach!



Piękny jest również ten orzełek, prawda? :)





A na koniec okrzyk, który będzie śnił się nam po nocach :) HALOOOO wykrzykiwane w odpowiedni sposób (w tym konkretnym przypadku znaczy zarówno powitanie, wielbienie Boga jak i pochwałę miasta) padało średnio co 2 minuty i oczywiście równie głośno trzeba było odkrzykiwać, a do tego energicznie machać ręką. Dodam, że parada trwała dwie godziny.... :)


Szalenie sympatyczna impreza, której jedynym minusem było to, że wszelkie dodatkowe atrakcje były już płatne i to każda z osobna, więc jeśli chciałoby się w pełni przeżyć to święto, a więc podziwiać turnieje ryceskie, tańce przy ognisku czy też życie obozowe, to trzeba by tam zostawić niemałą sumkę. My na szczęście nie czuliśmy takiej potrzeby, gdyż w zeszyłym roku byliśmy na niesamowitym jarmarku średniowiecznym (pisałam o tym tutaj), który w pełni zaspokoił naszą ciekawość, więc po paradzie udaliśmy się jedynie na spacer po mieście, spróbowaliśmy lokalnego piwa, po czym obraliśmy kierunek powrotny na Monachium. Nie mniej jednak polecam, choćby dla samej parady. Naprawdę warto!

wtorek, 9 lipca 2013

Wtorek wyrwany z kontekstu


Bycie matką nie przestanie mnie zadziwiać... Kiedy nie miałam jeszcze dzieci nawet tydzień potrafił nie wystarczyć, abym w pełni wypoczęła. Teraz przy dwójce maluchów wystarcza mi jedno popołudnie bez nich i jestem jak nowonarodzona :) 





poniedziałek, 8 lipca 2013

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz

Od dawna już chciałam sięgnąć po twórczość Aleksijewicz, ale długo nie mogłam się zdecydować od której jej książki zacząć. Jedni zachwalali "Utwory na głos dziecięcy" inni "Czarnobylską modlitwę", a jeszcze inni twierdzili, że "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" jest najmocniejszą pozycją. Ostatecznie zdecydowałam się na tę ostatnią, ale wiem, że po te pozostałe również sięgnę. Jak tylko ochłonę...

"Kiedy mówią kobiety, nie ma albo prawie nie ma tego, o czym zwykle czytamy i słuchamy: jak jedni ludzie po bohatersku zabijali innych i zwyciężyli. Albo przegrali. Jaki mieli sprzęt, jakich generałów. Kobiety opowiadają inaczej i o czym innym. 'Kobieca' wojna ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami. I cierpią tam nie tylko ludzie, ale także ziemia, ptaki, drzewa. Wszyscy, którzy żyją razem z nami na tym świecie. Cierpią bez słów, a to jest jeszcze straszniejsze…" *

Przyznam, że już od dawna żadna książka nie wstrząsnęła mną tak jak ta. Spodziewałam się kilku pięknych, nieco wzniosłych historii w stylu "Dziewczyn wojennych" Modelskiego, a otrzymałam taką dawkę emocji, że chwilami nie byłam w stanie czytać dalej. Nic dziwnego. Aleksijewicz zbierała materiały do tej książki latami, przeprowadziła setki jeśli nie tysiące rozmów z kobietami, które czynnie brały udział w II Wojnie Światowej, a nam zaprezentowała już to co najciekawsze i najbardziej poruszające. Efektem końcowym jest niezwykła książka, nawet nie tyle o wojnie, co o człowieku na wojnie.

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" to dziesiątki opowieści o ludzkich losach.  O losach kobiet, które wybrały się na wojnę, wierząc w Boga i Ojczyznę, a które zobaczyły piekło. Niektóre pogodziły się z tym, że ich wyobrażenia zupełnie minęły się z rzeczywistością, inne wcale. Wspólnym mianownikiem wszystkich bohaterek była jednak wiara. Jedne wierzyły w ideę, drugie w szybki koniec wojny, a jeszcze inne w to, że kiedyś zapomną o tym co przeżyły. Jednak czy sama wiara wystarczy?

Większość naszych bohaterek wybrała się na wojnę w wieku kilkunastu lat. Karmione od dzieciństwa ideologią komunistyczną nawet przez chwilę nie wahały się rzucić wszystkiego dla dobra ogółu, a jednak w głębi duszy ciągle żyły marzeniami o tym, że wojna obejdzie się z nimi łaskawie. Rzeczywistość okazała się jednak nieco inna, bo wojna - jak wiemy - nie patrzy na to czy walczy kobieta czy mężczyzna. Koniec z sukienkami, koniec z warkoczami, koniec z marzeniami. Nadszedł okrutny czas kiedy giną matki i dzieci, nadszedł czas, kiedy należy ratować towarzyszy broni z największych opresji nia bacząc na własne życie oraz kiedy zamiast maszerować z pieśnią na ustach należy rozbroić bombę, naprawić traktor, przepiłować nogę lub...zaryzykować życie swojego dziecka, wysyłając je na zwiady. To, czym kierowały się te kobiety niejednokrotnie bywało dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Rozumiem patriotyzm, rozumiem młodzieńczą naiwność, ale niektóre z przytoczonych przez Aleksijewicz historii to już coś ponad mój rozum i ponad moje siły. A jednak nie byłam w stanie oderwać się od tej książki.

Nie  mnie oceniać czy wszystkie bohaterki postępowały słusznie. Jedyne co ja mogę ocenić, to to, że autorka książki dała z siebie wszystko pisząc o tych kobietach oraz to, że tutaj, podobnie jak i w głośnym ostatnio serialu "Nasze matki, nasi ojcowie", prawda o tym co się działo na wojnie okazuje się po latach bardzo względna... Przykre.

Polecam, ale tylko ludziom o mocnych nerwach i tym interesującym się tematyką wojenną.

* "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewiczstr. 9-10