środa, 13 listopada 2013

"Więzień nieba" Carlos Ruiz Zafon


Już po raz trzeci dałam się porwać Zafonowi i podążyłam za nim do mrocznej Barcelony, aby zgłębiać tajemnice rodziny Sempere i choć nie było już tego dreszczyku emocji, co przy części pierwszej lub drugiej, to letura ta  i tak okazała się całkiem przyjemna.


źródło

 "Rok 1957. Interesy rodzinnej księgarni Sempere i Synowie idą tak marnie jak nigdy dotąd. Daniel Sempere, bohater Cienia wiatru, wiedzie stateczny żywot jako mąż pięknej Bei i ojciec małego Juliana. Następny w kolejce do porzucenia stanu kawalerskiego jest przyjaciel Daniela, Fermín Romero de Torres, osobnik tyleż barwny, co zagadkowy: jego dawne losy wciąż pozostają owiane mgłą tajemnicy. Ni stąd, ni zowąd przeszłość Fermina puka do drzwi księgarni pod postacią pewnego odrażającego starucha. Daniel od dawna podejrzewał, że skoro przyjaciel nie chce mu opowiedzieć swej historii, to musi mieć ważny powód. Ale gdy Fermín wreszcie zdecyduje się wyjawić mroczne fakty, Daniel dowie się "rzeczy, o których Barcelona wolałaby zapomnieć".


Zafon jest niewątpliwie bardzo utalentowanym pisarzem i ujmującego stylu pisania nie można mu odmówić. Dlatego też bez wahania sięgnęłam po "Więźnia nieba", choć już przy "Grze Anioła" czułam, że nie ma tej magii co w "Cieniu wiatru" i liczyłam się z tym, że kolejna część będzie już tylko rozczarowaniem. Na szczęście nie była. Wartka akcja i ciekawa historia sprawiły, że książkę przeczytałam jednym tchem, jednak nie ma co ukrywać - ta część była już ewidentnie pisana pod publikę.

Czegoś tu zbarakło. Niby wiemy co, kto, jak i dlaczego, niby mamy ten sam klimat tajemniczej Barcelony, ale wszystko jest jakieś takie spłycone i pozbawione blasku. Mam nieodparte wrażenie, że autor nie skupił się na tej powieści tak jak powinien, a do tego pozostawił wiele spraw niedopowiedzianych z wyraźnym zamiarem rozwinięcia ich w kolejnej części, jednak do mnie takie rozwiązanie absolutnie nie przemawia. Lubię lekki niedosyt, ale nie lubię wodzenia za nos i po kolejną część na pewno nie sięgnę. Oczywiście, nie jest to równoznaczne z tym, że żadnej książki Zafona więcej nie przeczytam. Po prostu ta konkretna historia jak dla mnie dobiegła końca.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Helenkowy kocyk

Pamiętacie "Emilkowy kocyk"? Z tej samej włóczki wyszydełkowałam kolejny pledzik,  tym razem dla małej , aczkolwiek niezwykle uroczej Helenki :)





















 
Dane techniczne:

szydełko: 3
włóczka: Red Heart Baby (3 motki ciemnego różu, 2 motki ekru i 1,5 motka bladego różu
wymiary: nieznane,  bo poszedł w świat bez zmierzenia :)




Uściski!

środa, 2 października 2013

Obejrzane: "Tatarak", "Lektor", "Traktor zwany pożądaniem"

Dziś, dla odmiany, filmowo :)

"Tatarak" reż. Andrzej Wajda

Film wyreżyserowany przez Andrzeja Wajdę jest bardzo nietypowy, żeby nie powiedzieć trudny.

Są to trzy historie specione w jedną całość, które na pierwszy rzut oka ciężko ze sobą połączyć. Osią filmu jest wątek o doktorowej Marcie, oparty na opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza pt. "Marta", przepleciony z bardzo osobistą opowieścią Krystyny Jandy o odchodzeniu jej chorego na raka męża oraz scenami "making of", czyli tego jak film powstawał. Jak dla mnie jest to po prostu hołd złożony przez reżysera i autorkę Edwardowy Kłosińskiemu. Piękny, poruszający, jednak zbyt złożony, co momentami prowadzi do zwykłego przerostu formy nad treścią.

Nie czuję się na siłach, aby go oceniać.



"Lektor"

Obejrzałam z wielką przyjemnością. Mocna opowieść, daleka od banału i szalenie żałuję, że wcześniej nie
sięgnęłam po książkę, na podstawie której został nakręcony ten film (Bernhardt Schlink "Lektor).

Berlin, lata sześćdziesiąte. Piętnastoletni Michael spotyka na swej drodze dużo starszą od niego Hannę i zakochuje się w niej bez pamięci. Hanna również wykazuje wielkie zainteresowanie chłopcem, jednak jej pobudki są nieco inne. Ognisty romans kończy się gwałtownie, a następne spotkanie następuje niespodziewanie kilka lat później, kiedy to Michael, jako student prawa, bierze udział w rozprawie sądowej, w któtrej to Hanna zostaje oskarżona o zbrodnie nazistowskie .

Film bardzo mi się podobał i mocno wbił się w pamięć, stąd najwyższa ocena: 6/6


"Traktor zwany pożądaniem"

Film nieco innego kalibru. Chorwacka komedia, pełna uroczego absurdu, która może nie wbiła mnie w fotel, ale szalenie ubawiła.

Breza prowadzi typowe wiejskie życie starego kawalera. Mieszka razem z matką, czasem wypije, ale głównie zajmuje się marzeniem o wielkiej miłości, tytułowym traktorze oraz... graniu rock&rolla :) Gdy na jego drodze staje piękna kelnerka Silvija, równie mocno zafascynowaną tą muzyką jak i on, ale zmagająca się z własnymi demonami, zaczyna się wiele dziać. Zwłaszcza, że matka Brezy zajmuje się wróżbiarstwem i poznaje Silviję najpierw jako klientkę, a później zostaje jej ona przedstawiona jako przyszła synowa, co nieco komplikuje ich relacje. Tym bardziej, że chwilę później przeszłość Silviji odzywa się ze zdwojoną mocą.

Równie dobrze mogłaby to być produkcja polska lub czeska. Ta sama mentalność, ten sam poziom ironii i absurdu, jak dla mnie ok.

Ocena: 4/6

piątek, 27 września 2013

Inspiracje: Szydełkowe kominy

Może coś Wam wpadnie w oko? :)


1. The Perfect Cowl by Jonna Ventura



2. Infinity Scarf by Kim Miler



3.  Triple Play Infinity Scarf by Brenda Bourg



4. Bellflower Infinity Scarf by Carrie Carpenter




5. Chunky Double Crochet Cowl by Stephanie Jessica Lau




6. Chi-Town Crochet Cowl by Kathy Kelly





7. Martha Cowl scarf by Lthingies




8. Morticia Chevron Cowl by Erin Chastain-Harris



10 Y. Cowl by michiyo



9 . Judi's Building Block Cowl by Judith Weingarden



Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Raverly.com 

poniedziałek, 23 września 2013

Czapki

Witajcie!

Mam nadzieję, że pogoda u Was dopisuje i weekend spędziliście równie miło, jak ja :) Pomijając już wspaniały spacer po lesie i bardzo sympatyczne spotkanie przy takim oto cieście...



... udało mi się ukończyć kilka szydełkowych projektów, w tym jesienne czapy dla moich chłopców. Znany i lubiany motyw sowy :)


Do ich wykonia użyłam DROPSowej włóczki "Karisma" i szydełka nr 3,5. Czapki są ciepłe, bo jest to 100% wełny, ale nie gryzą. Mam nadzieję, że będą się dobrze nosiły!



Najlepsze jest to, że mąż, który z natury czapek i szalików nie nosi, zażyczył sobie taką samą. Nie mogę się już doczekać, kiedy zobaczę wszystkich moich mężczyzn z takimi nakryciami głowy i tak sobie myślę, że skoro oni, to może i ja się na taką skuszę? :)

Uściski!

sobota, 21 września 2013

Letnie czytanie

W ramach kronikarskiego obowiązku odnotowuję po krótce książki, które udało mi się przeczytać na (dawno już zapomnianym) urlopie :)  Małe podumowanie lipca i sierpnia:



"Pamiętam Cię" Yrsa Sigurdardóttir

Jako, że dzięki pani Läckberg przypomniałam sobie ile frajdy sprawia czytanie tajemniczych historii, postanowiłam pójść za ciosem i sięgnąć po kolejną książkę w  mrocznym klimacie, z tym że tym razem postawiłam nie na Szwecję, a na Islandię i nie na kryminał , a na thriller. Zachęcona dobrymi opiniami o Yrsie na lubimyczytać.pl  sięgnęłam po "Pamiętam Cię".

Nie rozczarowałam się. Wciągająca lektura, która przyprawia o dreszczyk emocji i do samego końca trzyma w napięciu. Natychmiast zaopatrzyłam się w kolejną pozycję tej pani.


 "Tamtego lata na Sycylii" Marlena de Blasi

Lubię Włochy, lubię styl pisania de Blasi, więc książkę przeczytałam z wielką przyjemnością.  Miła historyjka, która dostarczyła mi rozrywki na kilka godzin i o której kilka godzin później zapomniałam, przy czym to absolutnie nie oznacza, że była ona zła. Ten typ książki po prostu tak ma :)


"Dworek po lipami" Anna J. Szepielak

Mam wrażenie, że pisanie książek o pisaniu książek jest ostatni bardzo popularne :) W tym przypadku nasza bohaterka jet autorką kilku bestsellerów, jednak ma dość pisania książek mało ambitnych, a że nie układa jej się również w małżeństwie, postanawia wszystko gruntownie przemyśleć i wprowadzić kilka zmian w swoim życiu. Los sprzyja naszej Gabrieli, bo akurat w tym momencie nadarza się okazja, aby trochę się odseparować, opiekując się domem przyjaciółki, która musi nagle wyjechać i od tego momentu śledzimy już nie tylko rozterki moralne głównej bohaterki, ale i jej wiejskie życie wśród nieco specyficznych sąsiadów.

Szału nie ma, ale żenady również. Czyta się miło. Jak na ten typ książki można nawet powiedzieć, że trzyma ona całkiem dobry poziom.


"Obnażeni" Nikki Gemmel

Nigdy nie sądziłam, że sięgnę po kolejną książkę "na miarę Graya". A jednak sięgnęłam. Mogę to jedynie zrzucić na podstępną bratową ;) 

Tematyka ostatnio szalenie popularna, bo erotyk, historia dość banalna, bo zdradzona żona, która postanawia się odegrać, a jednak coś w tej książce jest. Małe coś, ale jest.  Być może jest to nietypowy sposób prowadzenia narrarcji, być może rozdziały w formie tzw. "lekcji", a być może jest to po prostu fakt, iż książka kończy się, zanim zdąży wymęczyć :)

wtorek, 17 września 2013

Rozgrzewająca zupa kurkowo - dyniowa

Za oknem zimno i deszczowo, więc sycące i rozgrzewające zupy powróciły w moim domu do łask. Dziś postawiłam na smaki typowo jesienne, czyli dynię i grzyby, ale muszę zaznaczyć, że zupa ta jest nieco nietypowa, ponieważ ja jestem miłośniczką kremów, natomiast mąż lubi widzieć co je, w związku z czym tu klasyczny przykład naszego kompromisu :)


Składniki na 4 porcje:

1,5l bulionu
łyżka masła
3-4 garście kurek
1 mała dynia (ja użyłam Hokaido)
1 marchewka
1 spora cebula 
2 małe ziemniaki
1 ząbek czosnku
kilka kropel soku z cytryny

sól, pieprz, przyprawy do smaku






Opis wykonania:

1. Obieramy i kroimy dynię, marchewkę oraz ziemniaki. 1/3 odkadamy na bok, resztę wrzucamy do bulionu i gotujemy aż wszystko zmięknie.

2. Podsmażamy na masełku cebulę, dorzucamy kurki, dusimy przez chwilę.

3. Kiedy warzywa w bulionie są już odpowiednio miękkie, miksujemy je blenderem. To będzie nasza baza.

4. Dorzucamy odłożoną wcześniej część warzyw i gotujemy przez 10 minut, po czym dorzucamy kurki z cebulą i gotujemy na małym ogniu jeszcze 5-10 minut, aby wszystkie smaki się przegryzły.

5. Doprawiamy zgodnie z upodobaniami. Ja oprócz soli i pieprzu dodaję kilka kropel soku z cytryny i ząbek czosnku, aby trochę przełamać słodki smak dyni, ale można też dodać szczyptę startego imbiru lub nie dodawać nic więcej.

6. Po nalaniu zupy do talerzy zakrapiamy śmietaną i posypujemy natką pietruszki.


SMACZNEGO!


poniedziałek, 16 września 2013

Jesienny, szydełkowy komplecik dla małej damy

Witajcie!
 
Dziś chciałam pokazać pierwszą szydełkową pracę tej jesieni, a  mianowicie jesienny komplecik dla pewnej małej damy, którą mieliśmy okazję odwiedzić podczas minionego weekndu. Teraz będę robić coś dla jej braciszka.

Zestaw składa się z czapki oraz chusty i  został przyjęty z wielkim entuzjazmem, a jak wszyscy wiemy, nic tak nie cieszy jak radość obdarowanego :)


Kiedyś robiłam już coś podobnego i pewnie jeszcze nie raz zrobię, bo po prostu uwielbiam ten motyw!

Natomiast co do samej wizyty, to była ona niesamowicie sympatyczna. Znajomi mieszkają na wsi i prowadzą małe gospodarstwo, tak więc przez te dwa dni, które u nich spędziliśmy mogliśmy nie tylko nagadać się do woli, ale również popodglądać różne zwierzaki i poobjadać się skarbmi prosto z ogrodu. Coś pięknego, a dla dzieciaków po prostu RAJ :)




Mam nadzieję, że i Wy trochę wypoczeliście i z takim samym zapałem jak i ja weszliście w nowy tydzień . Tego Wam życzę! :)

piątek, 6 września 2013

Żegnaj lato na rok...

... stoi jesień za mgłą,
czekamy wszyscy tu
pamiętaj, żeby wrócić znów

Tak śpiewała Zdzisława Sośnicka, a mi nie pozostaje teraz nic innego jak zaśpiewać razem z nią...

Tegoroczny sierpień był dla mnie wspaniały. Ciepły, rodzinny, prawie w całości spędzony  w Polsce. Nic więc dziwnego, że choć fizycznie wróciliśmy do Niemiec już kilka dni temu, myślami ciągle jestem tam.

Monachium powitało nas już jesienną aurą. Niby jest jeszcze ciepło, niby chodzimy jeszcze w krótkich rękawkach, ale w powietrzu czuć już schyłek lata. Na sklepowych półkach zagościły dynie, pierwsze liście pospadały z drzew, a w przedszkolu proszą o nowe kalosze dla malucha "tak na wszelki wypadek, jakby pogoda uległa nagłej zmianie".


Ciekawe jaka ta jesień będzie... Liczę na łagodne przejście w chłody, długie spacery z dziećmi w pobliskim lesie oraz intensywne wieczorne zaczytanie przy filiżance dobrej herbaty. A jest co czytać!


Robótkowo też się będzie działo, ale planów tyle, że najpierw muszę je sobie dobrze przemyśleć i poukładać. Tak więc o tym  innym razem. Póki co zmykam na Wasze blogi, bo mam straszne zaległości, a jestem szalenie ciekawa co się u Was działo w ostatnim czasie :)

Ściskam Was mocno, dziękuję, że tu zaglądacie oraz witam nowych obserwatorów! Bardzo mi miło Was tutaj gościć :)

Magota

wtorek, 30 lipca 2013

Wisior

Witajcie!

Dziś przybywam do Was z letnim wisiorem. Przybyło mi ostatnio w szafie błękitów i różu, więc trzeba zadbać o dodatki :)



                                                                            zbliżenie



Materiały: koraliki szklane, turkus i agaty plus elementy metalowe i rzemyk.

Mało ostatnio tworzę, bo większość czasu spędzam z dzieciaczkami na dworze, a wieczorami wolę poczytać, ale skoro już zasiadłam do koralików i rozłożyłam cały ten kram, to na pewno coś jeszcze powstanie. O włóczce przy tych temperaturach nawet nie myślę! :)

Natomiast co do czytania, to chciałam jeszcze wspomnieć o tym, jak bardzo rozczulił mnie ostatnio małżon...

Siedzę na balkonie pochłonięta cudowną książką Ligockiej. Zosało mi 5 stron, więc mimo zmierzchu i coraz większych problemów z czytaniem koniecznie chcę ją skończyć. W pokoju siedzi mąż, obserwuje, po czym bez słowa wstaje i przychodzi z latarką, przyświecając te ostatnie zdania... Najpiękniejsze wyznanie miłosne w moim życiu! Piękniejsze od każdego bukietu kwiatów :)

Ściskam Was Kochani mocno i życzę miłego dnia!

czwartek, 25 lipca 2013

"Kaznodzieja" Camilla Läckberg

Jako antidotum na ostatnią dość ciężką lekturę, sięgnęłam po sprawdzony, skandynawski kryminał. Wybór nieprzypadkowy, bo "Księżniczka z lodu" - pierwsza książka szwedzkiej autorki, Camilli Läckberg zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

zdjęcie i opis z lubimyczytac.pl
"Kaznodzieja to pełna niespodzianek powieść kryminalna, która umiejętnie splata wątki z przeszłości z teraźniejszością.

Pewnego letniego ranka mały chłopiec w czasie zabawy w wąwozie leżącym nieopodal Fjällbacka odnajduje nagie zwłoki młodej dziewczyny. Patrik Hedström i jego koledzy z komisariatu w Tanumshede stają przed bardzo skomplikowaną zagadką. Okazuje się bowiem, że pod ciałem dziewczyny leżą szkielety dwóch innych kobiet, które zaginęły pod koniec lat 70-tych..."

"Kaznodzieja" stanowi swego rodzaju kontynuację "Księżniczki...", jednak spokojnie można czytać tę książkę osobno, gdyż kontynuacja ta polega jedynie na rozwinięciu losu kilku bohaterów, których historię poznaliśmy wcześniej, co jednak nie ma większego wpływu na rozwój wypadków.

Tym razem zagadka jest znacznie bardziej skomplikowana niż poprzednim razem, gdyż dotyczy morderstwa aż czterech młodych kobiet i do końca nie wiemy co tak naprawdę łączy te wszystkie historie. Na pierwszy rzut oka domyślamy się pewnych powiązań, ale czy okażą się one trafne?

Camilla Läckberg wspaniale łączy w sobie elementy klasycznego kryminału z tymi, spełniającymi  wymagania współczesnego czytelnika. Ani nie nadużywa ona nowinek technicznych, które rozwiązałyby zagadkę w przeciągu godziny, ani nie nadwyręża naszej cierpliwości brnąc bez końca w wątki poboczne. Jak dla mnie proporcje pomiędzy tłem, a historią właściwą są idealnie wyważone, bohaterowie jak najbardziej przekonujący, a sama zagadka szalenie ciekawa. Poza tym historia jest spójna i  wciągająca, więc czego chcieć więcej?

Myślę, że po książki Camilli Läckberg można sięgać w ciemno. Ta pisarka ma nie tylko talent, ale i klasę. Wydaje mi się, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy, a ja póki co szalenie się cieszę, że jeszcze tyle jej książek przede mną :)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Ślub z polskim akcentem, czyli landshuckie wesele!

Za nami bardzo intensywny, a zarazem przepiękny weekend! Jedną z atrakcji był niedzielny wypad do Landshutu na największy historyczny festyn w Europie,czyli Landshuter Hochzeit 1475.

Impreza na której byliśmy odbywa się raz na cztery lata i stanowi wielkie święto nie tylko dla mieszkańców tego miasta, ale i dla całej Bawarii. Festyn organizowany jest na pamiątkę zaślubin Jadwigi, córki Kazimierza Jagiellończyka z bawarskim księciem, Jerzym Bogatym. Dwumiesięczna wędrówka18-letniej wówczas Jadwigi z Krakowa do Landshutu oraz cała otoczka towarzysząca zaślubinom tak zachwyciła mieszkańców tego miasta, że od 110 lat odtwarzają ją oni na nowo z coraz większym rozmachem.


Na jednej ze stron wyczytałam, że na podstawie dokumentów pochodzących z tamtej epoki obliczono, iż dziś  wesele to kosztowałoby co najmniej 12,5 milona euro. Bawiły się na nim największe światowe znakomitości, gości liczono w tysiącach, a obrazy przedstawiające orszak ślubny po dziś dzień przyprawiają o zawrót głowy. Nie inaczej jest teraz. Replika zaślubin ściąga do Landshutu tysiące turystów z całego świata, a czynny udział bierze w niej ponad 2000 mieszkańców tego miasta, którzy przebrani w średniowieczne stroje całym sercem przybliżają nam całe to wydarzenie. 

Choć na całość tej imprezy składa się wiele różnorakich atrakcji, to największą popularnością bez wątpienia cieszy się parada ukazująca orszak ślubny oraz głównych bohaterów, czyli Jadwigę i Jerzego.
Przyznać trzeba, że zarówno organizatorzy, jak i uczestnicy dają z siebie wszystko.To niesamowite jak bardzo upodobnili się oni do odtwarzanych przez siebie postaci. Uwierzycie, że większość z nich już na dwa lata przed występem zaczyna się przygotowywać, zapuszczać włosy, brody itd.?!

























Było hucznie, klimatycznie i kolorowo, a widok panny młodej zapierał dech w piersiach!



Piękny jest również ten orzełek, prawda? :)





A na koniec okrzyk, który będzie śnił się nam po nocach :) HALOOOO wykrzykiwane w odpowiedni sposób (w tym konkretnym przypadku znaczy zarówno powitanie, wielbienie Boga jak i pochwałę miasta) padało średnio co 2 minuty i oczywiście równie głośno trzeba było odkrzykiwać, a do tego energicznie machać ręką. Dodam, że parada trwała dwie godziny.... :)


Szalenie sympatyczna impreza, której jedynym minusem było to, że wszelkie dodatkowe atrakcje były już płatne i to każda z osobna, więc jeśli chciałoby się w pełni przeżyć to święto, a więc podziwiać turnieje ryceskie, tańce przy ognisku czy też życie obozowe, to trzeba by tam zostawić niemałą sumkę. My na szczęście nie czuliśmy takiej potrzeby, gdyż w zeszyłym roku byliśmy na niesamowitym jarmarku średniowiecznym (pisałam o tym tutaj), który w pełni zaspokoił naszą ciekawość, więc po paradzie udaliśmy się jedynie na spacer po mieście, spróbowaliśmy lokalnego piwa, po czym obraliśmy kierunek powrotny na Monachium. Nie mniej jednak polecam, choćby dla samej parady. Naprawdę warto!

wtorek, 9 lipca 2013

Wtorek wyrwany z kontekstu


Bycie matką nie przestanie mnie zadziwiać... Kiedy nie miałam jeszcze dzieci nawet tydzień potrafił nie wystarczyć, abym w pełni wypoczęła. Teraz przy dwójce maluchów wystarcza mi jedno popołudnie bez nich i jestem jak nowonarodzona :) 





poniedziałek, 8 lipca 2013

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz

Od dawna już chciałam sięgnąć po twórczość Aleksijewicz, ale długo nie mogłam się zdecydować od której jej książki zacząć. Jedni zachwalali "Utwory na głos dziecięcy" inni "Czarnobylską modlitwę", a jeszcze inni twierdzili, że "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" jest najmocniejszą pozycją. Ostatecznie zdecydowałam się na tę ostatnią, ale wiem, że po te pozostałe również sięgnę. Jak tylko ochłonę...

"Kiedy mówią kobiety, nie ma albo prawie nie ma tego, o czym zwykle czytamy i słuchamy: jak jedni ludzie po bohatersku zabijali innych i zwyciężyli. Albo przegrali. Jaki mieli sprzęt, jakich generałów. Kobiety opowiadają inaczej i o czym innym. 'Kobieca' wojna ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami. I cierpią tam nie tylko ludzie, ale także ziemia, ptaki, drzewa. Wszyscy, którzy żyją razem z nami na tym świecie. Cierpią bez słów, a to jest jeszcze straszniejsze…" *

Przyznam, że już od dawna żadna książka nie wstrząsnęła mną tak jak ta. Spodziewałam się kilku pięknych, nieco wzniosłych historii w stylu "Dziewczyn wojennych" Modelskiego, a otrzymałam taką dawkę emocji, że chwilami nie byłam w stanie czytać dalej. Nic dziwnego. Aleksijewicz zbierała materiały do tej książki latami, przeprowadziła setki jeśli nie tysiące rozmów z kobietami, które czynnie brały udział w II Wojnie Światowej, a nam zaprezentowała już to co najciekawsze i najbardziej poruszające. Efektem końcowym jest niezwykła książka, nawet nie tyle o wojnie, co o człowieku na wojnie.

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" to dziesiątki opowieści o ludzkich losach.  O losach kobiet, które wybrały się na wojnę, wierząc w Boga i Ojczyznę, a które zobaczyły piekło. Niektóre pogodziły się z tym, że ich wyobrażenia zupełnie minęły się z rzeczywistością, inne wcale. Wspólnym mianownikiem wszystkich bohaterek była jednak wiara. Jedne wierzyły w ideę, drugie w szybki koniec wojny, a jeszcze inne w to, że kiedyś zapomną o tym co przeżyły. Jednak czy sama wiara wystarczy?

Większość naszych bohaterek wybrała się na wojnę w wieku kilkunastu lat. Karmione od dzieciństwa ideologią komunistyczną nawet przez chwilę nie wahały się rzucić wszystkiego dla dobra ogółu, a jednak w głębi duszy ciągle żyły marzeniami o tym, że wojna obejdzie się z nimi łaskawie. Rzeczywistość okazała się jednak nieco inna, bo wojna - jak wiemy - nie patrzy na to czy walczy kobieta czy mężczyzna. Koniec z sukienkami, koniec z warkoczami, koniec z marzeniami. Nadszedł okrutny czas kiedy giną matki i dzieci, nadszedł czas, kiedy należy ratować towarzyszy broni z największych opresji nia bacząc na własne życie oraz kiedy zamiast maszerować z pieśnią na ustach należy rozbroić bombę, naprawić traktor, przepiłować nogę lub...zaryzykować życie swojego dziecka, wysyłając je na zwiady. To, czym kierowały się te kobiety niejednokrotnie bywało dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Rozumiem patriotyzm, rozumiem młodzieńczą naiwność, ale niektóre z przytoczonych przez Aleksijewicz historii to już coś ponad mój rozum i ponad moje siły. A jednak nie byłam w stanie oderwać się od tej książki.

Nie  mnie oceniać czy wszystkie bohaterki postępowały słusznie. Jedyne co ja mogę ocenić, to to, że autorka książki dała z siebie wszystko pisząc o tych kobietach oraz to, że tutaj, podobnie jak i w głośnym ostatnio serialu "Nasze matki, nasi ojcowie", prawda o tym co się działo na wojnie okazuje się po latach bardzo względna... Przykre.

Polecam, ale tylko ludziom o mocnych nerwach i tym interesującym się tematyką wojenną.

* "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewiczstr. 9-10