wtorek, 25 września 2012

Milion książek na jesień

Wpis z dedykacją dla Kataliny :D

Na stronie wydawnictwa Weltbild można upolować kolejne okazje, gdyż wznowili oni promocję z serii "Milion książek po 9,99". O, tutaj można zobaczyć co pojawiło się tym razem w ofercie :)

Miłego dnia!

poniedziałek, 24 września 2012

Sławni i zabawni

Kto powiedział, że poeta musi być nudny i poważny? Dlaczego w szkołach pokazują nam dumne portrety i każą wkuwać, że taki Słowacki wielkim poetą był, a nikt już nie doda, że nigdy nie pracował fizycznie, uwielbiał hazard, a do tego był zapalonym mistykiem? O ileż przyjemniej myśli się wtedy o takim wieszczu, który - jak my wszyscy - posiada swoje małe dziwactwa i słabości...

Dziś chciałam polecić Wam trzy przezabawne książeczki, które pokazują, że można być wielkim, a zarazem zabawnym autorem. O ile w przypadku K.I. Gałczyńskiego humor nie dziwi, o tyle Julian Tuwim czy Antoni Słonimski stanowią już pewną nowość. Celowo zebrałam wszystkie trzy pozycje w jedną całość, a dlaczego? O tym przekonacie się później :)

źródło
W przypadku Słonimskiego zaintrygował mnie tytuł książki: "O dzieciach, wariatach i grafomanach".  Do tej pory autor kojarzył mi się głównie z poezją i dramatem, więc tak przewrotny tytuł musiał wzbudzić moją ciekawość.

Książka ta jest zbiorem przezabawnych felietonów, a raczej pełnych ironii anegdot i dowcipnych komentarzy dotyczących otaczającego nas świata. Znajdziemy w niej teksty dotyczące zarówno wspomnianych już w tytule dzieci czy grafomanów, ale też wielkich osobistości dwudziestolecia międzywojennego czy też tak przyziemnych spraw jak kłamstewka, które lubią wychodzić na światło dzienne w najmniej oczekiwanym momencie, reklama, która czasem nie trzyma się kupy, a jednak potrafi nas otumanić, sport, który nie zawsze wychodzi na zdrowie czy też najczęstsze przyjęciowe faux pas. Długo by wymieniać...

Tuwim wpadł w moje ręce niespodziewanie. Umówiłam się z pewnym zaprzyjaźnionym molem książkowym na ploteczki zupełnie niezwiązane z czytaniem i nastąpiła całkiem spontaniczna wymiana Słonimskiego na Tuwima. Bardzo miły zbieg okoliczności, że podczytywałyśmy w tym czasie książki tak bardzo do siebie podobne  :)

źródło
"Cicer cum caule czyli groch z kapustą" jest nieco inne niż pozycja wyżej wspomniana, jednak nie mniej zabawne. Autor już we wstępie zaznacza, że odkąd pamięta zawsze interesowały go wszelkie curiosa i nie szczędził sił ani czasu na podróże po Polsce i świecie, w celu wyszukiwania wszelkich ciekawostek i dziwadeł. Pisze nawet, że gdyby istniała katedra dziwologii mógłby tam być dziekanem :)

Książka jest wyjątkową mieszanką różnorakich form i tekstów, więc tutuł jak najbardziej adekwatny do treści. Znaleźć tu można m.in. urocze opowieści o roztargnionych uczonych lub dziwakach i ich nietypowych wynalazkach, wierszyki, aforyzmy oraz teksty piosenek, które autora bawiły, zasady dawnej ortografii, przykłady chochlików drukarskich czy też żarty z (momentami bardzo nieporadnego) nazewnictwa naukowego. Mamy też wiele cytatów z poradników czy czasopism,  które z biegiem czasu nabrały nieco innego, bardzo zabawnego znaczenia, więc na pewno nie będziemy się nudzić podczas lektury.

Ostatnią już pozycją w tym klimacie są "Listy z fiołkiem" Gałczyńskiego. Kolejna perełka, która na długo zapada w pamięć, bo jak można nie zakochać się w autorze, który na przykład serce wróbelka nazywa malutenietycipitukociułapciluśne? No jak?! :)


źródło
"Listy z fiołkiem" to klasa sama w sobie. Na książę składa się około stu dość przewrotnych felietonów, ujętych w formę listów do redakcji pewnego bliżej nieokreślonego czaspisma. Autor wciela się zarówno w rolę pełnego pretensji czytelnika - Karakuliambro, jak i spokojnego redaktora, który nie szczędząc humoru na te listy odpowiada.

Tak jak i w poprzednich tytułach mamy tu spostrzeżenia dotyczące otaczającego nas świata, jednak Gałczyński dużo bardziej skupia się na wyśmiewaniu bylejakości, pseudointeligencji czy też upolitycznianiu kultury. Książkę czyta się lekko i przyjemnie, jednak na pewno nie można jej zaliczyć do banalnych czytadeł.

Słonimski, Tuwim i Gałczyński - trzy wielkie nazwiska, obdarzone nie tylko ogromnym talentem, ale też celnym okiem i wybornym poczuciem humoru. Na tym wspólne cechy się nie kończą, bo należy jeszcze wspomnieć o nieprzeciętnej inteligencji oraz wpaniałej polszczyźnie, jaką cała trójka się posługuje. Wszystko to sprawia, że lektura książek o których Wam dzisiaj opowiadam jest nie tylko wspaniałą rozrywką, ale również obcowaniem z kulturą, której ze świecą szukać w książkach współczesnych - to już nie ta sama lekkość pióra, przewrotność i subtelność w wyrażaniu poglądów. Tak więc gorąco Was zachęcam do zapoznania się z choćby jedną z wyżej wspomnianych książek. Szkoda, żeby takie perełki odeszły w zapomnienie...

P.S. Słonimskiego i Gałczyńskiego dorzucam do wyzwania "Z półki"



niedziela, 23 września 2012

Oktoberfest

Witajcie Kochani!

Dzisiaj chciałam zabrać Was na małą wycieczkę po największym festynie ludowym, jakim jest Oktoberfest. Wczoraj było oficjalne rozpoczęcie, więc pomyślałam, że warto o tej imprezie wspomnieć :)

Oktoberfest odbywa się w Monachium corocznie na przełomie września i października, trwa dwa tygodnie i zwany jest przez wielu bawarczyków "piątą porą roku" ;)  Ja bym od siebie dodała, że w Monachium panuje wtedy stan wyjątkowy, a jazda metrem czy wyjście na miasto może stać się w tym czasie wielką przygodą ;)

W tym roku Oktoberfest odbywa się już po raz 179, a swoje początki zawdzięcza księciu Ludwikowi, późniejszemu królowi bawarii, który to na cześć zaślubin z księżniczką Theresą von Sachsen postanowił zorganizować wyścigi konne pod murami Monachium, na łące nazwanej na cześć tejże Tereski, cyzli Theresienwiese. Impreza ta początkowo miała charakter czysto sportowy, ale z latami cieszyła się coraz większą popoluranością i stopniowo ewaluowała do formy festynu ludowego, na którym oprócz podziwiania wyścigów czy zakupu słodkości, można się było również napić lokalnego piwa. Warunek dotyczący sprzedaży tegoż piwa był jeden i pozostał do dziś - podczas Oktoberfestu piwo serwować mogą jedynie browary, które wytwarzają piwo zgodnie z bawarskim prawem czystości, tzw. "Reinheitsgebot", które wyraźnie mówi jakie składniki mogą być przy warzeniu piwa stosowane, a jakie absolutnie nie. Dzięki temu od lat cieszymy się specjalnym, oktoberfestowym piwem, które jest na prawdę jedyne w swoim rodzaju i smakuje całkiem inaczej niż znane nam Tyskie czy Żywiec. Jest tez mocniejsze (6,3%) i podawane jedynie w litrowych kuflach...

A teraz do rzeczy! Aby dowieźć beczki z tym jakże szlachetnym trunkiem pod mury miasta, browary musiały przemierzyć wiele monachijskich ulic. Dziś, choć granice miasta przesunęły się znacznie dalej, piękna tradycja pozostała i wszystkie browary zanim dotrą na Theresienwiese, przechodzą w pięknym pochodzie przez centrum miasta. Muszę przyznać, że wrażenie jest piorunujące, gdyż każdy browar oprócz beczek przewożonych na cudnie przystrojonych wozach posiada swoją osobistą orkiestrę, która najpierw towarzyszy paradzie, a później przygrywa ludziom w namiocie danego browaru. Jest więc kolorowo, wesoło, w rytmie końskich kopyt i orkiestr dętych.


  







Zapomniałam dodać, że oprócz piwa w pochodzie biorą również udział Ważni Ludzie na których mało kto zwraca uwagę, jednak na pewno miło jest posiedzieć w takiej dorożce :)


Pochód kończy się wjazdem na Theresienwiese, gdzie spragnione tłumy czekają na godzinę 12.00, kiedy to burmistrz miasta oficjalnie otworzy pierwszą beczkę i zakrzyknie: „O’zapft is!“ (odszpuntowane)


Teraz można zacząć wciskać się w dziki tłum i pójść z falą. Optymiści twierdzą, że istnieje szansa na wbicie się do namiotu z piwem już pierwszego dnia, ale ja jeszcze takich szczęśliwców nie spotkałam :) Znakomita większość musi zadowolić się innymi atrakcjami, czyli podziwianiem namiotów od zewnątrz, karuzelami, jedzeniem etc.


















 

Jednak prawda jest taka, że aby poczuć prawdziwy klimat tego święta należy udać się do namiotu. Namiotem nazywamy halę na 10.000 osób, gdzie piwo leje się strumieniami, orkiestra wesoło przygrywa, a my możemy wraz z innymi wskoczyć na ławki i pobujać się w rytm hiciorów zarówno bawarskich, jak i tych bardziej aktualnych. Namiotów na Oktoberfeście jest w sumie 14, każdy wygląda inaczej, a jednak w gruncie rzeczy wszystkie są do siebie podobne - hala pełna ludzi, na środku podeścik, na podeściku orkiestra :)



Niestety chętnych jest zawsze dwa razy więcej niż miejsc, więc swoje trzeba w kolejce odstać, ale jak już się nam uda, to dobra zabawa gwarantowana!


Myślę, że będąc w okolicy warto odwiedzić to miejsce! Ja miałam dodatkowo możliwość poznać Oktoberfest od kuchni (dosłownie i w przenośni, gdyż jako studentka dorabiałam sobie w kuchni jednego z namiotów) i zapewniam, że tej imprezy nie można prównać z żadną inną :))

czwartek, 20 września 2012

Ciasteczka owsiane z bakaliami

Co prawda dziś miał był wpis książkowo - robótkowy, ale w związku z tym, że kilka osób poprosiło mnie o przepis na te ciasteczka, nastąpiła mała zmiana planów :)

Ciasteczka owsiane stanowią świetną przekąskę dla zabieganych, dodają energii i  są banalnie proste w wykonaniu. Gorąco Was zachęcam do wypróbowania tego przepisu, gdyż wychodzi z niego całkiem spora ilość ciasteczek, które są nie tylko smaczne, ale i zdrowe, a do tego spokojnie mogą dłużej poleżeć.



 Składniki na 20-30 ciasteczek (w zależności od wielkości ciasteczka)

1,5 szklanki mąki (ja użyłam pszennej razowej)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
0,5 szklanki cukru brązowego
płaska łyżeczka proszku do pieczenia
pół kostki masła (temp. pokojowa)
1 szklanka płatków owsianych (mogą być całe lub zmielone - jak kto woli)
pół szklanki ziaren słonecznika lub dyni
garść dowolnych orzechów/migdałów
rodzynki



Sposób wykonania:

1. Ciasteczka robi się ekspresowo, więc ja na początek włączam piekarnik, aby się już nagrzewał (180 stopni)

2. Wrzucamy na suchą, rozgrzaną patelnię ziarna i orzechy, aby je delikatnie sprażyć/zarumienić. Odstawiamy.

3. Ucieramy masło z cukrem i stopniowo wrzucamy płatki i bakalie, dodając na końcu mąkę z proszkiem do pieczenia.

4. Formujemy małe kuleczki, spłaszczamy i kładziemy na blaszce posypanej mąką lub wyłożonej papierem do pieczenia.

5. Pieczemy do zarumienienia (ok. 15 minut)


Voilà


 P.S. Pamiętajcie, że mój przepis jest tylko przykładem tego jak można te ciasteczka wykonać, gdyż np. zamiast orzechów czy rodzynek można dorzucić składniki, które bardziej lubimy (wiórki kokosowe, sezam, startą czekoladę, kandyzowane owoce itd.)

środa, 19 września 2012

Wyróżnienie

Witajcie, cześć i czołem! 

Dziś chwalę się wyróżnieniem, za które z całego serducha dziękuję Jadzikowi . Micha mi się cieszy od rana i nawet deszcz za oknem przestał przeszkadzać :) Dziękuję kochana raz jeszcze. Baaaaardzo to miłe :*




Zgodnie z zasadami teraz ja podaję blogi, które szczególnie cenię i wyróżniam. Wiem, że nie wszystkie blogerki przyjmują tego typu wyróżnienia, więc jeśli znalazłyście się na mojej liście, a nie chcecie kontynuować zabawy, to po traktujcie to, proszę, jedynie jako wyraz sympatii /wielki uśmiech w Waszą stronę :)

Jest wiele blogów, które ogromnie lubię i pilnie śledzę, jednak  jest kilka takich, które wprost uwielbiam i  z niecierpiwością wyczekuję każdego kolejnego wpisu, a są to:


2. Sepia 

Każda z wymienionych kobitek jest wyjątkowa - Maryś i Sepia potrafią wyczarować takie cudeńka, że głowa mała, Syl to klasa sama w sobie, a do tego autorka zdjęć przecudnej urody, Justynka często zaskakuje mnie swoimi pomysłami, natomiast Katalina ma niesamowite poczucie humoru i duuużo pozytywnej energii. Gorąco Was zachęcam do odwiedzenia tych blogów, jeśli jeszcze nie mieliście okazaji się z nimi zapoznać.

Ściskam Was mocno i życzę miłego dzionka!

niedziela, 16 września 2012

Bajkowy las

Witam wieczorową porą!

Chyba jeszcze nie miałam okazji wspomnieć na tym blogu, że uwielbiam las. Odkąd pamiętam rodzice zabierali nas ze sobą na grzyby, a i weekendy u dziadków czy wakacje na wsi mocno sprzyjały leśnym wypadom. Cudowne chwile, do których od jakiegoś czasu bardzo tęsknię...

Dziś my postanowiliśmy pokazać naszemu dziecku po raz pierwszy to magiczne miejsce, jakim LAS.
 


 Jak cudownie było obserwać to zdziwiwnie na twarzy malucha, poczuć znowu ten niepowtarzalny zapach, nacieszyć oczy zielenią i...


... tak, tak, grzybkami!!!


Wiele tego nie ma, ale biorąc pod uwagę fakt, że wybraliśmy się jedynie na popołudniowy spacer, a do tego w miejsce nam nieznane, to i tak jestem oszołomiona faktem, że uzbierało się tego  już choćby na sosik :)

 Czy istnieje coś bardziej bajkowego niż leśne zakątki?



A jak jest z Wami? Lubicie takie leśno - grzybowe klimaty czy to raczej nie wasza bajka?

Mocno ściskam i życzę miłego tygodnia!

piątek, 14 września 2012

Muffiny

Alicja, Maryś, Justyna, obie Kasie i Katalina: dziękuję za odwiedziny i pozostawione słówko. Witam również nowych obserwatorów! Bardzo mi miło, że postanowiliście zostać tutaj na dłużej :)

Widzę, że w poprzednim poście ciasto z koronkową posypką podbiło Wasze serca :) Wcale się nie dziwię - moje również. A skoro już o deserach mowa, to powiem Wam coś: królowa jest tylko jedna...

MUFFINKA BANANOWO - CZEKOLADOWA :)



Muffiny robię często i praktycznie ze wszystkim co mi wpadnie w ręce - mogą to być owoce sezonowe,  owoce z puszki, czekolada, wiórki kokosowe itd., jednak nic się nie równa z muffinką o smaku banana i czekolady. W tym zestawieniu pasuje do siebie absolutnie wszystko - subtelny smak, idealna konsystencja i obłędny zapach. Gorąco Was zachęcam do wypróbowania, bo roboty niewiele, za to efekt wspaniały!

Mój podstwowy przepis na muffiny (12 sztuk) wygląda tak:

250g mąki (półtorej szklanki)
50g cukru (1/4 szklanki)
1 płaska łyżeczka sody
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
150ml mleka (trochę ponad pół szklanki)
5 łyżek oleju 
1 jajko

W jednym naczyniu mieszamy składniki mokre, w drugim suche, następnie luźno je łączymy. Na tym etapie dodajemy również wybrane przez nas owoce, w tym przypadku 2-3 rozgniecione banany (choć ja osobiście taktuję je blenderem, dzięki czemu muffinki są bardzo puszyste) i startą bądź rozkruszoną nożem czekoladę (ja preferuję gorzką). Tym razem dodałam również ćwierć jabłka, bo akurat tyle mi zostało z deserku Juniora i muszę powiedzieć, że pomysł okazał się bardzo trafiony :)

Masę przekładamy do foremek wyłożonych papilotkami (bądź jak w moim przypadku pokrojonym papierem do pieczenia) i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 20 minut. Pieczemy w 200 stopniach lub 180 z termoobiegiem. 

SMACZNEGO!!!


P.S. Z innych połączeń polecam ananasa z wiórkami kokosowymi oraz jabłko z 2 łyżeczkami przyprawy do piernika :)

środa, 12 września 2012

Pinterestem jesień się zaczyna...

Dziś mało słów, za to dużo zdjęć. Przygotowałam dla Was garstkę inspiracji na jesienne dekoracje, potrawy i inne drobiazgi, a wszystko to wyszperane na pinterest.com. Miłego oglądania!

NATURAlnie...


Zakładkowo...


Szydełkowo...


Kulinarnie...

A skoro już przy dyni jesteśmy... 
Coś dla miłośników Halloween :))


 Skusilibyście się na taką potrawę? Ja bym chyba grzecznie podziękowała ;)

Życzę Wam cudownego dnia!