niedziela, 6 maja 2012

"Marcowe fiołki" Sarah Jio

Widzę, że na zaprzyjaźnionych blogach mały zastój. Czyżby wszyscy wybrali się na tak długą majówkę ? :)

Ja póki co mało pokazuję, bo akurat jestem w trakcie trzech większych szydełkowych projektów (dzierganie akrylowego kocyka przy tych upałach, to istna masakra!), ale finisz już blisko, więc w najbliższym tygodniu można spodziewać się nowości.

W związku z powyższym (lekki szydełkowy przesyt) oraz ze zbliżającym się urlopem (temat na osobny post), szydełko lada chwila pójdzie w odstawkę, a ja planuję zasiąść z największą przyjemnością do maszyny do szycia oraz tworzenia nowej, kolorowej biżuterii. Już się nie mogę doczekać!!!

Tymczasem jednak umilam sobie czas książkami. Kochani rodzice podczas ostatnich odwiedzin przywieźli mi bardzo sympatyczny lekturowy stosik, więc jest w czym przebierać. Zanim jednak napiszę o nieco męczącej "Studni przodków" Chmielewskiej czy też wbijających w fotel "Kwiatach na poddaszu" V. C. Andrews, będzie kilka słów o "Marcowych fiołkach".

Na początek opis (zarówno opis jak i zdjęcie pochodzą ze strony lubimyczytać.pl) :





"Dziesięć lat temu Emily miała wszystko. Dziś jej kariera leży w gruzach, a ukochany mąż zabiera z ich mieszkania ostatni karton i odchodzi do innej kobiety. Załamana Emily wyjeżdża na wyspę, na której jako dziecko spędzała beztroskie wakacje. Tu będzie mogła odpocząć, wyleczyć rany.
Ale wymarzony spokój nie trwa długo. Kim jest Jack, tajemniczy artysta, od którego ciotka każe jej się trzymać z daleka? I czemu historia z odnalezionego pamiętnika tak bardzo przypomina Emily jej własne życie?" 


Książka według mnie bardzo nierówna.. Generalnie czyta się ją szybko i przyjemnie, a jak pominiemy naiwność głównej bohaterki oraz realność pewnych wydarzeń równą mojej wygranej w totka, to wciągniemy się w fabułę bardzo szybko :) 

Cała historia toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy Emily i współczesność, z drugiej natomiast, zagłębiamy się w historię pewnej tajemniczej kobiety, spisaną na kartach starego pamiętnika, odnalezionego właśnie przez Emily. Główna bohaterka pomiędzy telefonami do przyjaciółki i opowiadaniu o kolejnych randkach, a zastanawianiem się co by na to wszystko powiedziała jej terapeutka, próbuje rozwikłać pamiętnikową zagadkę, a czy jej się to uda, musicie przekonać się sami :)


Historia z pamiętnikiem genialna i w zasadzie tylko dla niej książkę dokończyłam. Emily jest osobą według mnie niezwykle infantylną, a ja mam po prostu uczulenie na postacie tego typu. Z resztą wspominałam ostatnio, że mam pewien problem ze współczesnymi amerykańskimi pisarkami. Po prostu za grosz do mnie nie przemawiają i myślę, że "Marcowe fiołki" są rewelacyjnym przykładem na to, aby wyjaśnić co jest tym wspólnym, nieco drażniącym mnie mianownikiem:


1. Schematyczność. Coraz częściej mam wrażenie, że czytane przeze mnie historie są przekalkowane z innych książek i niejednokrotnie czytając pierwsze strony jestem w stanie dokładnie przewidzieć co będzie dalej.


2. Styl pisania. Mierzi mnie przede wszystkim nadmierna patetyczność oraz tanie granie na emocjach. Zapewne jest to rzecz gustu, ale ja stanowczo wolę niedomówienia, subtelności oraz oczekiwanie aby czytelnik sam wysunął odpowiednie wnisoki niż wszystko podane na tacy i wskazanie w którym momencie należy się rozczulić do granic możliwości.


3. Brak realizmu. Tu w zależności od książki - albo wielka miłość po trzech dniach od rozstania z wieloletnim partnerem, albo porzucenie wszystkiego w sekundzie i wyjazd na długi czas w jakiś odległy zakątek jakby się nie miało absolutnie żadnych zobowiązań, albo nad wyraz pomyślne rozwiązanie na wyraz wielkiego problemu. 

Zaznaczam: mówię tu tylko i wyłącznie o moim guście i moich odczuciach odnośnie książek tego typu przeczytanych do tej pory. Być może jeszcze nie trafiłam na nic co by się wyróżniło w tłumie? A może Wy, moi drodzy czytelnicy i podczytywacze możecie mi polecić coś fajnego, a zarazem niebanalnego? 

Ściskam!

8 komentarzy:

  1. W takim razie ja sobie daruje tę książkę :) Póki co mam co czytać :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana, znam to uczucie, choć u mnie szydełkowy może nie zastój co leń, maleńkimi kroczkami kończę co zaczęłam...bardzo przykro mi to mówić ale na książkę już absolutnie czasu brak;(zimą jakoś łatwiej!!! pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, w zimie czytanie idzie znacznie lepiej :)

      Usuń
  3. Mnie w książkach (ale nie tylko) drażni dokładnie to samo. Prawdę mówiąc z tego właśnie powodu odczuwam niechęć do współczesnych pisarzy, a raczej pisarek, bo jakoś tak się składa, że częściej jednak sięgam po książki, których autorkami są kobiety. Czasami również docieram do końca książki tylko dlatego, że zżyłam się z ich bohaterami, lub zainteresuje mnie sam temat i mocno staram się po drodze nie zwracać uwagi np. na idiotyczne dialogi, czy kompletnie niezrozumiałe zachowanie postaci. Miałam tak na przykład z Paulliną Simons i Stephenie Meyer:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, widzisz! Ja mam to samo - Stephenie Meyer nawet nie skończyłam, tak mi działała na nerwy, natomiast Paulline Simons zaczczęłam czytać, ale odłożyłam na lepsze czasy. Denerwujący styl pisania jak dla mnie, ale dam jej jeszcze jedną szansę :)

      Usuń
  4. Mam dokładnie tak samo jak Ty!

    Ja mam taką zasadę, że czytam dwie książki danego autora (jeśli mi się pierwsza spodoba oczywiście) i potem dopiero decyduję się ewentualnie na trzecią. Paulo Coelho i Dan Brown powielają ten sam schemat, zmieniają tylko miejsce akcji i imiona bohaterów. A cała reszta jest dokładnie taka sama, w tych samych momentach pojawiają się komplikacje/miłość/podróż/itp. Oczywiście czyta się to dość przyjemnie, ale ta schematyczność jest męcząca. Dlatego staram się coraz rozważniej dobierać książki, które czytam.

    A to oderwanie od rzeczywistości we współczesnych powieściach to zupełnie inna sprawa. Rynek zalało pełno produktów książko podobnych, gdzie zrządzenie losu sięga takiego poziomu absurdu i abstrakcji, że nie wiadomo śmiać się czy płakać. Ale z drugiej strony taki zamulacz do pociągu się nadaje ;)

    Pozdrawiam i wybacz za zbyt długi wywód :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry system wymyśliłeś. Chyba z niego skorzystam :D

      Coelho zaczytywałam się w liceum, ale jak po latach chciałam do niego wrócić, to nadziwić się nie mogłam czym ja się kiedyś tak zachwycałam. Wszystko na jedno kopyto, a do tego w grafomańskim stylu :) Browna czytałam, ale póki co tylko "Kod Leonarda da Vinci",więc jeszcze się nie przejadł. Zobaczymy co powiem po lekturze "Aniołów i Demonów", które póki co zalegają pod warstewką kurzu w domowej biblioteczce :)

      Ściskam!

      Usuń

Pięknie dziękuję za każde pozostawione tu słówko.