czwartek, 31 maja 2012

Toskańskie opowieści cz.2

Dziś zgodnie z obietnicą druga część wspomnień, czyli nasze podróże małe i duże :)


Zacznę może od Parmy. Samo miasto nie powaliło nas co prawda na kolana, za to dostarczyło niezapomnianych doznać smakowych - w końcu to ojczyzna parmezanu i naprawdę wyjątkowej szynki! Ślinianki pracują na samo wspomnienie :)))


 Pisę odwiedziliśmy dość spontanicznie, bo w zasadzie, to wybieraliśmy się zupełnie gdzie indziej, ale kiedy po drodze zobaczyliśmy majączącą kilkaset metrów dalej słynną krzywiznę, nastąpił gwałtowny skręt w tym kierunku i tak oto wylądowaliśmy w jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc świata. Po przebrnięciu przez zastępy panów o nieco ciemnej karnacji, którzy usilnie chcieli nam sprzedać oryginalne rolexy, jeszcze bardziej oryginalne torebki gucci, tudzież skusić promocją parasolek dotarliśmy na miejsce i naszym oczom ukazał się dziki tłum turystów wszelkiej maści z kończynami wyciągniętymi w słynnym, podtrzymującym geście. Cóż było robić? Dołączyliśmy  do nich :)

 Po tym jak wyczerpały się już nam pomysły na najbardziej idiotyczne pozy, postanowiliśmy trochę odsapnąć i wtedy przypomniało nam się, że Marco, właściciel naszego mieszkania wspominał przy przekazywaniu kluczy, że pracuje właśnie w Pizie w jakiejś kawiarence i jak tam dotrzemy, to żeby koniecznie do niego zadzwonić.Tak też uczyniliśmy i jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że ta "jakaś kawiarenka" wcale nie jest taka skromna, znajduje się centralnie pod wieżą, a Marco jest jej właścicielem. Po bardzo radosnym powitaniu w stylu "gość w dom, Bóg w dom" postawił przed nami kawkę i przepyszne lody, usadził przy stoliku z wiadomym widokiem i przy bardzo wesołej rozmowie opowiedział jak wygląda życie i praca w takim miejscu na codzień. Chyba bym się z nim nie zamieniła :)


Po Pisie wróciliśmy na wcześniej obraną drogę i wylądowaliśmy w nadmorskim Livorno. Wyczytaliśmy w przewodnikach, że jest to "malowniczo położone i niepowtarzalne miateczko portowe". Zgadza się - niepowtarzalnie brzydkie :) Nic tam do siebie nie pasuje, jest szaro, chaotycznie i wieje nudą. Autor przewodnika aż się prosi o zdjęcia z takiego Gdańska i dopisek " TAK wygląda piękne i klimatyczne miasto portowe!" :)

Następne na liście było Vinci z którego wywodzi się słynny Leonardo i gdzie znajduje się jego muzeum oraz Florencja. O ile "Museum Leonardino" okazało się bardzo nieciekawe i naprawdę kiepsko zorganizowane, o tyle okolica w której się znajdowało BOSKA i już dla samych widczków warto było się tam wybrać :)















 

 
Florencja za to zachwyciła nas bez reszty, choć jeden dzień, to stanowczo za mało aby się nią nacieszyć...

































To były te większe i bardziej znane miejsca. Później skupiliśmy się już na atrakcjach lokalnych, ale że wpis i tak jest już długi, to daruję sobie opis takich miast jak Lucca, Forte dei Marmi czy Pietrasanta, choć każde z nich było na swój sposób wyjątkowe.  Niech kończącym akcentem będzie Camaiore i Viareggio


W Camaiore bywaliśmy dość często. Mogłabym napisać, że oczarowały nas tamtejsze widoki, napiszę jednak:  była tam pierwszorzędna winiarnia :D Przesympatyczna obsługa, która widząc, że znamy się na winach jak włosi na jeżdżeniu zgodnie z przepisami długo nam tłumaczyła co i jak, podsuwała kolejne sorty do degustacji, a nawet zabrała do hali produkcyjnej, abyśmy mogli podejrzeć jak to wszystko powstaje.  Miłe wspomnienia i jeszcze milszy zapas w barku :)




Viareggio, to już ostatni etap naszego urlopu. Miasto typowo nadmorskie na którym w ogóle się nie skupiliśmy, bo odrazu gnaliśmy na plażę :) Co tu dużo mówić - pięknie było! Przed nami morze, za nami góry, pod nogami rozgrzany piasek. Czego chcieć więcej? 

A skoro już przy morzu jesteśmy - Maryś, dedykacja dla Ciebie :D





Kochani, przedstawiłam Wam tu namiastkę tego co zobaczyliśmy i przeżyliśmy, ale jak już wspominałam w pierwszym poście, są rzeczy, których opisać się nie da. Ja mogę jedynie powiedzieć, że Toskania skradła nasze serca i mam wielką nadzieję, że jeszcze tam wrócimy!





środa, 30 maja 2012

blogspot odmawia współpracy

Kochani, przepraszam Was bardzo, ale dzisiaj nie będzie wpisu, bo blogspot odmawia współpracy i nie ładuje mi zdjęć, ani nie zapisuje notki :/ Pewnie ma to związek z burzą, która u nas szaleje...

Ściskam mocno i dziękuję za wasze odwiedziny i  komentarze! Odpowiem najszybciej jak to możliwe.

wtorek, 29 maja 2012

Toskańskie opowieści cz.1

Maryś, AgaPola, Justyna, Reni, Ren-ya, Joko, dziękuję Wam kobitki za te wszystkie miłe słowa i życzenia! Nawet nie wiecie jak mi miło, że te moje dłubaninki również Wam się spodobały :) Ściskam!

   ~~~~~~~~~~~~~

Kochani, szczęśliwie dotarliśmy do domku i to z taką ilością wrażeń, że aż nie wiem od czego zacząć! Wiem za to, że nikt nie lubi przydługich postów, więc myślę, że najlepiej będzie, jak będę pisała na raty. Dziś opiszę wrażenia ogólne, jutro za to opowiem o najciekawszych miejscach, które udało nam się odwiedzić. Może tak być? :)

Wrażenia ogólne... łatwo powiedzieć, ciężko opisać, bo jak ubrać w słowa widoki, które sprawiają, że nie jesteś w tanie wydusić z siebie słowa, zapach świeżo upieczonego chleba, przyniesionego na powitanie przez toskańskich sąsiadów czy też wieczorną ciszę tak oszałamiającą , że dzwonek telefonu wydaje się być absolutnie niestosowny i kaleczący ucho?





















Ostatnie zdjęcie, to wieczorny widok sprzed naszego domku (na pierwszym planie gaj oliwny i górki, dalej pobliskie miasto, Lucca) Wspominałam już przed wyjazdem, że zrezygnowaliśmy z hotelu i miejskiego zgiełku na rzecz skromnego i nieco oddalonego, za to typowo toskańskiego mieszkanka. Strzał w dziesiątkę! Było bardzo, ale to bardzo klimatycznie i nie zamieniłabym tego miejsca za nic.



























W mieszkaniu spędzaliśmy jednak głównie poranki i wieczory, bo za dnia ciągle nas gdzieś gnało. W zależności od pogody, albo szlajaliśmy się po okolicy, albo zwiedzaliśmy co ciekawsze miasta, albo też po prostu byczyliśmy się na plaży. O tym jednak jutro, teraz wrócę jeszcze na chwilę do poranków i wieczorów... Popatrzcie jak urocze towarzystwo mieliśmy przy porannej kawie - piękna jaszczurka, wygrzewająca się na ścianie naszego domku :)




Wieczory za to spędzaliśmy codziennie tak samo i to bez względu na pogodę :) Kominek, lampka lokalnego wina i Nocne Polaków Rozmowy. Piękny, bardzo rodzinny czas! W zasadzie to mieliśmy wrażenie, że ten czas stanął dla nas na chwilę w miejscu...




Nie pamiętam już kiedy ostatnio byłam, aż tak szczęśliwa i odprężona! Przeglądam i wybieram dla Was zdjęcia i już tęsknię za chwilami tam spędzonymi... Było naprawdę wspaniale!









































Do usłyszenia jutro!

piątek, 18 maja 2012

Urlopowa biżuteria i wzór na kocyk

Silver Aguti, bardzo się cieszę, że topik się podoba!
Kasia, dziękuję Ci, kochana! Mam nadzieję, że podróż minie spokojnie, zwłaszcza dla małego :)
Justyna, mi się w tym roku z kolorami coś poprzestawiało :) Ja, miłośniczka spokojnych i stonowanych barw, w tym roku po prostu szaleję! Żebyś Ty widziała co ja z ostatnich zakupów przytargałam :)))
Maryś, dziękuję! Ja dopiero w zeszłym roku odkryłam ile frajdy sprawia taki kapelusz i mam wielką nadzieję nabyć we Włoszech jakiś fajny egzemplarz :D
AgaPola, prognozy są póki co pół na pół , ale mimo przelotnego deszczu temperatura ma nie spadać poniżej 20 stopnieni, więc myślę, że jest szansa na założenie topiku :)
Pinel, witam! Dzisiaj czas mnie nieco goni, więc przejrzałam u Ciebie tylko ostatnie posty, ale jestem zachwycona i napewno po powrocie przeczytam od deski do deski i zagoszczę u Ciebie na dłużej :) O filmie coś słyszałam, ale jeszcze nie widziałam. Warto?

~~~~~~~~~~~~

Zgodnie z obietnicą jeszcze jeden przedurlopowy wrzucik, tym razem w postaci biżuterii. Wszystko wykonywałam pod konkretną część garderoby, więc postanowiłam zastosować ją jako tło, aby łatwiej Wam było zrozumieć"co autor miał na myśli" :)

Na początek kolejne sznurkowe przeplatanki, które ostatnio podbiły moje serce :)

Bransoletka do zwiewnej sukienki



Korale do białej tuniki



Agaty do dżinsowej kurteczki w kolorze pudrowego różu



Turkusowe kolczyki do kolejnej tuniki



Oraz oczywiście barwy marynistyczne, których nie może zabraknąć na urlopie nad morzem :)

Proste i cudnie dyndające kolczyki wykonane z amazonitu, korala i lapisu lazuli



Rzemykowy naszyjnik



A na koniec pastelowa brocha, która będzie na zmianę ozdabiała topik, kurtkę, torebkę oraz gumkę do włosów :)


Ufff, wierzyć się nie chce, że nie mam w chwili obecnej żadnych zaległości! Szydełkowe prace pokończone, biżutki porobione, rozpoczęte książki dokończone, a na blogu wszystko pokazane, co tylko się do pokazania nadawało :) Nie pamiętam kiedy (o ile w ogóle) byłam tak "wyzerowana"!

Tak więc Kochani ja się z czystym sumieniem odmeldowuję, życząc Wam ciepłych i  jak najbardziej kreatywnych  dni. Do usłyszenia po powrocie. Ściskam!!!

P.S. I znowu bym zapomniała :))) Wzór na Emilkowy kocyk (lepiej widoczny po kliknięciu na fotkę)



czwartek, 17 maja 2012

Słoneczny top

Kochani, serdecznie Wam dziękuję za tak liczne odwiedziny i komentarze! Szalenie mi miło, że tu zaglądacie oraz, że tak wielu z Was postanowiło zagrzać u mnie miejsce na dłużej  :)

Dzisiaj chciałam Wam pokazać kolejną szydełkową pracę , którą dla miłej omiany wykonałam dla siebie :) Jest to letni topik, taki typowo plażowy, bo do zarzucenia z szortami na bikini. 


Dorobiłam jeszcze korale, wygrzebałam mój ukochany plażowy kapelusz i tak uzbrojona wyruszam jutro na urlop :D 





Może pokażę jeszcze zbliżenie wzorku




Top robiłam z "Sonaty" Aniluxu (2 motki), szydełkiem numer 3,5, a inspiracją była bluzeczka znaleziona w "Häkelmode. Sabrina Special". Bez modyfikacji oczywiście się nie obyło :)

Postaram się jeszcze dzisiaj przygotować post na jutro, ale tym razem o biżuteryjnych drobiazgach, które wydłubałam sobie na urlop, tak więc zapraszam! Aaaa, dorzucę odrazu wzór na kocyk, bo ostatnio zapomniałam :)

poniedziałek, 14 maja 2012

"Kwiaty na poddaszu" V.C.Andrews

Beatrice, Ren-ya, Justyna, Kami, Maryś, Magdalena, Bartas De - dziękuję Wam pięknie za tak miłe komentarze! Serce rośnie i odrazu chce się robić jeszcze więcej :)

~~~~~~~~~~~~~~~~~
 
Niewiele książek wywarło na mnie tak wielkie wrażenie jak przeczytane ostatnio "Kwiaty na poddaszu" i niewiele też wzbudziło aż takie emocje. Ta lektura wzrusza i przeraża równocześnie.

Opis z okładki, a zdjęcie zapożyczone ze strony Empiku:

Wciągająca opowieść o rodzinnych tajemnicach i zakazanej miłości. Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia - w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, a odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu nieuniknionej katastrofy.   

"Kwiaty..." choć napisane dość lekkim piórem, robią piorunujące wrażenie. Świetnie zakreślone portrety psychologiczne oraz szalenie ciekawa, choć raczej niespieszna fabuła  sprawiają, że emocje czytelnika rosną z każdą kolejno przeczytaną stroną, osiągając swoje apogeum - tak jak być powinno - tuż przed końcem. Książkę zamykamy więc po części z westchnieniem ulgi, gratulując bohaterom, a po części z nutką rozczarowania, że to już koniec tak fascynującej historii. Fascynującej, choć niełatwej.

Śledząc opinie na temat tej książki widzę, że zdania są mocno podzielone. Wcale się temu  nie dziwię, bo dokładnie takie emocje "Kwiaty..." wzbudzają - skrajnie różne. Mnie akurat zachwycił ten złowieszczy, nieco gotycki klimat domu w którym akcja się rozgrywa oraz lekko duszna i pełna napięcia atmosfera panująca na tytułowym poddaszu. Ze swojej strony gorąco polecam, a zaraz po urlopie zabieram się za część drugą, która już grzeje miejsce na nocnym stoliku :)


  



czwartek, 10 maja 2012

Niebieskości na Dzień Mamy

Z okazji zbliżającego się Dnia Matki przygotowałam dla mojego kochanego Muminka dwa prezenty. Właśnie jestem na etapie pakowania oraz wysyłki, więc ostatnia chwila na prezentację.

Pierwszy z prezentów, to letni naszyjnik w turkusach, taki z cyklu "na bogato" :)))


Od jakiegoś czasu robiłam dyskretny wywiad, więc wiem, że poszukuje właśnie czegoś w tych kolorach i takim stylu, więc powinno się spodobać.

W naszyjniku wykorzystałam lniany sznurek (zakupiony w sklepie budowlanym) oraz wszelkie dostępne koraliki w kolorze przezroczystym, turkusowym oraz zielonym. Mieszanka bardzo ciekawa, bo znalazły się tu zarówno minerały i drewno jak i szkło czy plastik :)

Prezent numer dwa, to letnie, przewiewne wdzianko z elementów. Inspiracją było wypatrzone w którejś z gazetek bolerko, jednak ja je nieco przedłużyłam i lekko zmodyfikowałam wzór elementu.

PRZÓD


TYŁ


ZBLIŻENIE


Szydełko numer 3,5, włóczka Sonata Aniluxu (nieco więcej niż dwa motki)

Pozdrawiam Was Kochani serdecznie i życzę miłego dzionka!

środa, 9 maja 2012

Bella Toskana!

Kasia, Justyna, Silver Aguti, Kami, BigMama, Marta, Violi, MoniRej, dziękuję Wam pięknie za pochwałki i niezmiernie się cieszę, że kocyk tak Wam się spodobał! Na dniach pokażę kolejne szydełkowe twory, z tym, że już garderobiane :)

JoKo, w wolnej chwili cyknę zdjęcie wzoru i wrzucę go tu dla Ciebie

Gwinoic, daj koniecznie znać jak przesyłka dojdzie. Mam małą traumę jeśli chodzi pocztę polską i zaczynam się martwić, tym bardziej, że Renia i Ola pisały już 2 dni temu, że paczuchy dorały.

~~~~~~~~~~~~~~
 
Kochani, wspominałam niedawno, że szykuję się na urlop. Już za kilka dni spełni się jedno z największych marzeń mojego życia i wyruszę z moimi chłopakami na podbój TOSKANII!!!




Pomysł szalenie spontaniczny i ciągle wierzyć mi się nie chce, że już za chwilę będziemy się byczyć na plaży, próbować mojej najukochańszej szynki pod rozgrzanym słońcem Parmy, podziwiać na żywo gaje oliwne, popijać winko w najprawdziwszych winnicach czy też robić jakże oryginalne fotki z podtrzymywaniem wieży w Pizie :)))


Moje szczęście nie zna granic, tym bardziej, że zarówno Małżon jak i ja pałamy do Włoch miłością wielką i niezmienną od lat, o czym najlepiej świadczy fakt, że w podróż poślubną wybraliśmy się nie gdzie indziej, jak do miasta Romea i Julii, a więc Verony :) Na fotce, mój ślubny bukiet, złożony na grobie Julii, dzięki czemu według legendy zagwarantowałam nam miłość aż po grób i dozgonne szczęście :D




Wracając jednak do Toskanii... Nie jesteśmy typami, którzy spędzają urlop "na leniwca", więc planów jest dużo. Będą wypady autem, pociągiem, ale przede wszystkim penetrowanie okolicy rowerami (w tym celu Junior został nawet obdarowany specjalną przyczepką, którą już mieliśmy okazję przetestować - sprawdza się doskonale!). Nie chcieliśmy też kurortów, tłumu, a już najbardziej hotelu z basenem i all inclusiv, więc na bazę wybraliśmy przesympatyczny domek w stylu typowo toskańskim (bielone bele, stare komody, kominek...) na urokliwej wiosce, gdzie widoki zapierają dech w piersiach, a turystów nie uświadczysz. Koloryt lokalny pełną gębą :D 

Tak więc informuję, że po koniec przyszłego tygodnia na blogu zalegnie cisza, a i do Was nie będę przez jakiś czas zaglądać, ale obiecuję za to masę zdjęć i szczegółową relację po powrocie!

wtorek, 8 maja 2012

Emilkowy kocyk

W ostatnich dniach powstał kocyk dla pewnej małej i długo wyczekiwanej damy, która lada dzień zawita na tym świecie. Mam nadzieję, że będzie dobrze służył Emilce :)




Kolorem dominującym jest ekri, który jakoś o wiele bardziej lubię niż zimną biel :)




 Ale żeby nie było zbyt nudno, to dodałam jeszcze blady i ciemny róż na rameczkę oraz delikatną satynową wstążkę, którą przewlekłam dookoła kocyka.




 Kocyk w całoście prezentuje się tak:



 Dane techniczne:

szydełko: 3
włóczka: Red Heart Baby (3 motki ekri, 1/4 bladego różu, oraz trochę więcej niż pół motka różu ciemniejszego)
wymiary: 63x83cm


Pozdrawiam!

niedziela, 6 maja 2012

"Marcowe fiołki" Sarah Jio

Widzę, że na zaprzyjaźnionych blogach mały zastój. Czyżby wszyscy wybrali się na tak długą majówkę ? :)

Ja póki co mało pokazuję, bo akurat jestem w trakcie trzech większych szydełkowych projektów (dzierganie akrylowego kocyka przy tych upałach, to istna masakra!), ale finisz już blisko, więc w najbliższym tygodniu można spodziewać się nowości.

W związku z powyższym (lekki szydełkowy przesyt) oraz ze zbliżającym się urlopem (temat na osobny post), szydełko lada chwila pójdzie w odstawkę, a ja planuję zasiąść z największą przyjemnością do maszyny do szycia oraz tworzenia nowej, kolorowej biżuterii. Już się nie mogę doczekać!!!

Tymczasem jednak umilam sobie czas książkami. Kochani rodzice podczas ostatnich odwiedzin przywieźli mi bardzo sympatyczny lekturowy stosik, więc jest w czym przebierać. Zanim jednak napiszę o nieco męczącej "Studni przodków" Chmielewskiej czy też wbijających w fotel "Kwiatach na poddaszu" V. C. Andrews, będzie kilka słów o "Marcowych fiołkach".

Na początek opis (zarówno opis jak i zdjęcie pochodzą ze strony lubimyczytać.pl) :





"Dziesięć lat temu Emily miała wszystko. Dziś jej kariera leży w gruzach, a ukochany mąż zabiera z ich mieszkania ostatni karton i odchodzi do innej kobiety. Załamana Emily wyjeżdża na wyspę, na której jako dziecko spędzała beztroskie wakacje. Tu będzie mogła odpocząć, wyleczyć rany.
Ale wymarzony spokój nie trwa długo. Kim jest Jack, tajemniczy artysta, od którego ciotka każe jej się trzymać z daleka? I czemu historia z odnalezionego pamiętnika tak bardzo przypomina Emily jej własne życie?" 


Książka według mnie bardzo nierówna.. Generalnie czyta się ją szybko i przyjemnie, a jak pominiemy naiwność głównej bohaterki oraz realność pewnych wydarzeń równą mojej wygranej w totka, to wciągniemy się w fabułę bardzo szybko :) 

Cała historia toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy Emily i współczesność, z drugiej natomiast, zagłębiamy się w historię pewnej tajemniczej kobiety, spisaną na kartach starego pamiętnika, odnalezionego właśnie przez Emily. Główna bohaterka pomiędzy telefonami do przyjaciółki i opowiadaniu o kolejnych randkach, a zastanawianiem się co by na to wszystko powiedziała jej terapeutka, próbuje rozwikłać pamiętnikową zagadkę, a czy jej się to uda, musicie przekonać się sami :)


Historia z pamiętnikiem genialna i w zasadzie tylko dla niej książkę dokończyłam. Emily jest osobą według mnie niezwykle infantylną, a ja mam po prostu uczulenie na postacie tego typu. Z resztą wspominałam ostatnio, że mam pewien problem ze współczesnymi amerykańskimi pisarkami. Po prostu za grosz do mnie nie przemawiają i myślę, że "Marcowe fiołki" są rewelacyjnym przykładem na to, aby wyjaśnić co jest tym wspólnym, nieco drażniącym mnie mianownikiem:


1. Schematyczność. Coraz częściej mam wrażenie, że czytane przeze mnie historie są przekalkowane z innych książek i niejednokrotnie czytając pierwsze strony jestem w stanie dokładnie przewidzieć co będzie dalej.


2. Styl pisania. Mierzi mnie przede wszystkim nadmierna patetyczność oraz tanie granie na emocjach. Zapewne jest to rzecz gustu, ale ja stanowczo wolę niedomówienia, subtelności oraz oczekiwanie aby czytelnik sam wysunął odpowiednie wnisoki niż wszystko podane na tacy i wskazanie w którym momencie należy się rozczulić do granic możliwości.


3. Brak realizmu. Tu w zależności od książki - albo wielka miłość po trzech dniach od rozstania z wieloletnim partnerem, albo porzucenie wszystkiego w sekundzie i wyjazd na długi czas w jakiś odległy zakątek jakby się nie miało absolutnie żadnych zobowiązań, albo nad wyraz pomyślne rozwiązanie na wyraz wielkiego problemu. 

Zaznaczam: mówię tu tylko i wyłącznie o moim guście i moich odczuciach odnośnie książek tego typu przeczytanych do tej pory. Być może jeszcze nie trafiłam na nic co by się wyróżniło w tłumie? A może Wy, moi drodzy czytelnicy i podczytywacze możecie mi polecić coś fajnego, a zarazem niebanalnego? 

Ściskam!