czwartek, 23 lutego 2012

Filmowo

Dziś nadrabiam zaległości kinowe, czyli kilka słów o ostatnio obejrzanych filmach.


Koniec z Hollywood reż. Woody Allen

Allen  jest postacią dość kontrowersyjną, co oczywiście znajduje odbicie w jego filmach. Nie są one banalne, przez co oglądam je chętnie, jednak o ile te starsze produkcje typu "Wszyscy mówią: kocham Cię", "Drobne cwaniaczki" czy "Przejrzeć Harry'ego" bardzo mi się podobały, o tyle "Koniec z Hollywood" rozczarował na całej linii.

Zdając sobie sprawę, że ciężko wgryźć się w świat Allena tak z marszu, zawsze daję sobie margines poprawki na rozkręcenie akcji i na ogół w okolicach dwudziestej, trzydziestej minuty film wciąga mnie bez reszty. Tym razem czekałam, czekałam, ale nie doczekałam się absolutnie niczego poza mocno przegadanymi dialogami, nudną akcją i zakończeniem zupełnie bez polotu.

Opis i zdjęcie z filmwebu.

"Val Waxman to reżyser filmowy, który największe sukcesy odnosił w latach 70-tych i 80-tych, a dziś został zredukowany do kręcenia reklamówek telewizyjnych. Wreszcie dostaję ofertę nakręcenia dużego filmu. Niestety spotyka go katastrofa, gdyż Val czasowo traci wzrok, co doprowadza go do paranoi. Jednak ma przy sobie kilkoro przyjaciół, którzy pomagają mu nie przerywać pracy i zachować jego problem w tajemnicy przed producentami filmu."

Moja ocena: 1/6


Gran Torino reż. Clint Eastwood

O tym filmie było głośno ze 2-3 lata temu za sprawą licznych nominacji do Oscara i Złotych Globów, jednak ja obejrzałam go dopiero teraz, bo wcześniej nie było jakoś okazji. Film dobry, nawet bardzo dobry, choć przyznaję, że spodziewałam się czegoś innego. Na pewno największą zaletą Gran Torino jest kreacja Clinta Eastwooda. Klasa sama w sobie i wprost genialne aktorstwo! I tutaj niektóre dialogi były moim zdaniem nieco naciągane i przegadane, jednak całość mimo wszystko robi bardzo dobre wrażenie, a zakończenie na długo zapada w pamięć.

Opis i zdjęcie ponownie z filmwebu.

"Walt Kowalski, weteran wojny w Korei i zapiekły rasista z krwi i kości o stalowej woli, żyjący w świecie, który nieustannie ulega zmianom, zostaje zmuszony przez sąsiadów-imigrantów, którzy wraz ze swoją rodziną wprowadzili się po sąsiedzku, do trudnej konfrontacji z własnymi zadawnionymi uprzedzeniami. A wszystko zacznie się od klasycznego samochodu Kowalskiego - Gran Torino z 1972 roku."

Moja ocena: 5/6

Trylogia Millenium na podstawie książki Stiega Larssona (adaptacja szwedzka)


zdjęcie zapożyczone z amazon.de

Moja Druga Połowa sprawiła mi ostatnio wspaniały prezent w postaci świetnego wydania Larssonowskiej trylogii na DVD. Książki bardzo mi podobały, wersja amerykańska również (o "Dziewczynie z tatuażem" już pisałąm) i myślałam, że nic już tego nie przebije, a jednak... Jestem pod ogromnym wrażeniem dzieła panów Opleva i Alfredsona. Nie spodziewałam się aż tak dobrej adaptacji! To co na początku nieco drażniło (pominięcie niektórych wątków, aktor wybrany do roli Mikaela Blomkvista), z czasem zaczęło działać na plus i całość obejrzałam z wielką, ale to wielką przyjemnością.

To co najbardziej mnie w tym wydaniu urzekło, to autentyczność bohaterów. Wszyscy oni są z krwi i kości, zupełnie normalni, tacy jak my. Mam tu na myśli takie detale jak niedoskonałości cery, nie zawsze idealnie ułożone włosy, zmarszczki itd. itd... Znaczna różnica w stosunku do wersji amerykańskiej, która sprawia, że bohaterowie stają się nam jeszcze bliźsi, a ich losy wciągają bez reszty, nawet jeśli już z książki wiemy jak się one potoczą. Generalnie muszę stwierdzić, że całość jest tu dużo bardziej przekonująca niż w "Dziewczynie z tatuażem" - ludzie, sceneria, rozwinięcie akcji... Nie, nie uważam nagle, że produkcja Finchera była zła. Ona jest po prostu inna i również bardzo mi się podobała, jednak znając obydwie wersje, muszę przyznać, że bardziej przemówiła do mnie ta szwedzka. Bez dwóch zdań dużo lepiej oddaje larssonowski klimat, ale raczej nie ma w tym nic dziwnego skoro on stamtąd pochodził :) Na koniec jeszcze dwa słowa o roli Noomi Rapace jako Lisbeth Salander. Przyznaję - w stosunku do Ronnay Mara wypada o niebo lepiej i to jest właśnie Lisbeth, którą widziałam oczami wyobraźni, czytając książkę. Ren-ya - już wiem co miałaś na myśli :)

Reasumując, trylogia Millenium, to kawał dobrego, mocnego kina. Gorąco polecam!

Moja ocena: 6/6

3 komentarze:

  1. Z Allenem to już tak jest - albo zachwyca, albo odrzuca. Mnie z reguły jednak odrzuca, nie potrafię pojąć jego specyficznego humoru.

    Za Millenium kiedyś się wezmę, najpierw muszę wreszcie przeczytać książki, które kurzą się na półce.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z Woody Allenem jakoś nigdy nie było mi po drodze. No nie zachwyca i cześć, choć wielkim reżyserem jest?;)
    Zachwyca za to Clint Eastwood, więc na pewno obejrzę Gran Torino; temat bardzo mnie zaciekawił.
    A jeśli Lisbeth, to tylko w skórze Noomi:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gran Torino serdecznie polecam!

      Co do Allena, to mnie się swego czasu podobał, teraz jednak zastanawiam się czy to ostatni film był taki kiepski czy być może ja już wyrosłam z tego absurdalnego humoru...

      Usuń

Pięknie dziękuję za każde pozostawione tu słówko.