sobota, 7 stycznia 2012

"Amandine" Marlena de Blasi

Pierwszą przeczytaną przeze mnie w tym roku książką jest (znaleziona pod choinką) "Amandine" Marleny de Blasi. Jest to moje pierwsze spotkanie z tą autorką, ale na pewno nie ostatnie.

Historia Amandine rozpoczyna się w 1931 roku w Krakowie, gdzie przychodzi na świat jako nieślubne dziecko Andżeliki, nastoletniej córki harbiny Czartoryskiej. Hrabina w obawie przed skandalem oraz z pewnych  pobudek osobistych pragnie ukryć fakt pojawienia się dziewczynki, w związku z czym kłamiąc, że dziecko zmarło, wywozi je potajemnie do klasztoru Montpellier we Francji i tam pozostawia pod opieką zakonnic oraz starannie dobranej opiekunki Solange. Wszystko odbywa się bardzo dyskretnie i nikt nie poznaje prawdziwej tożsamości dziecka, w związku z czym otrzymuje ono nowe dokumenty oraz imię Amandine. Biała karta. Dziewczynka wbrew rokowaniom (urodziła się z poważną wadą serca) rozwija się wspaniale, jednak co rusz musi się zmagać z niechęcią otoczenia - szykany siostry przełożonej, niechęć rówieśniczek oraz surowa atmosfera klasztoru, wszystko to sprawia, że gdy tylko nadaża się okazja, troskliwa Solange postanawia wywieźć Amandine do swojej rodzinnej posiadłości na północy Francji. Niestety w tym momencie wybucha wojna i podróż ta staje się koszmarem. Amandine, która ciągle marzy o odnalezieniu biologicznej matki z całych sił próbuje się w tym wszystkim odnaleźć, jednak życie szykuje kolejne niespodzianki i sprawy mocno się komplikują, również w rodzinie Czartoryskich. Czy historia zakończy się szczęśliwie? Nie zdradzę. 


Przyznam szczerze, że zawsze z pewnym zakłopotaniem sięgam po książki zagranicznych autorów, które jakkolwiek dotykają historii Polski. Nie wiedzieć czemu, obawiam się niezbyt dobrego zrozumienia tematu czy też naszej nieco specyficznej mentalności, jednak tym razem zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Autorka nad wyraz celnie zobrazowała Polskę, co widać na poniższym przykładzie:

"Był szósty stycznia trzydziestego dziewiątego roku. Pięć szalonych dni po tym, jak blisko dwa miliony żołnierzy zaatakowało granice Polski (...) by zniszczyć polską armię i polską duszę. Ale tego próbowano już wcześniej. Historyczne rozbiory i przesuwanie granic. Każdy naród, który dotykał polskiej ziemi, pragnął ją przerobić na swoją modłę, kroił ją, puszczał krew, próbował stłumić jej polskość, nazywał ją Prusami, Niemcami, Rosją lub Austrią. Inwazje, dominacje, państwa policyjne, prześladowani, marionetkowe rządy, zmiana nazwy, a "my nadal jesteśmy Polską".  To nie polska machina militarna - słaba, zniszczona - przerażała Niemców w trzydziestym dziewiątym roku ani szaleńcza odwaga bohaterów - jedynej armii w Europie, która walczyła od pierwszego do ostatniego dnia wojny. Nie, chodziło o machinę moralną. Polska lojalność kwitła nie w obliczu ohydnego rzeźnika, lecz w obliczu człowieczeństwa Polaków. Tak, to ich polskość, ta nieugięta polskość najbardziej gnębiła chłopców Führera". str.163


Zastanawia mnie skąd w autorce taka znajomość tematu? Czyżby ją coś z naszym krajem łączyło? I nie mam tu na myśli tylko powyższego cytatu, ale całokształt tego co na temat Polski i Polaków w tej książce znalazłam.

Mnie, osobiście, książka bardzo wciągnęła, a styl pisania Pani de Blasi po prostu zauroczył. Krótkie, bardzo wyważone zdania, gdzie żadne słowo nie wydaje się zbędne, tworzą niesamowity klimat. Czasem wbijają fotel swoją surowością, a czasem wprawiają w tak nostalgiczny nastrój, że aż chciałoby się tą biedną, kochaną Amandine wyrwać z kart książki i przytulić :) Być może sama fabuła nie jest nad wyraz oryginalna, jednak książka jako całość ma w sobie to "coś", co sprawia, że czyta się ją jednym tchem, a to co po jej przeczytaniu nasuwa się na myśl, to stwierdzenie równie banalne, co prawdziwe: tam nasz dom, gdzie serce nasze...

" - Czy kiedyś tu wrócimy?
- Chyba tak. Kiedyś. Ale wtedy nie będziemy już takie same i mieszkający tu ludzie, a nawet dom i ziemia, też nie będą tacy sami. Dobrze jet wracać do dawnych miejsc, pod warunkiem, że się to rozumie." str. 233

Moja ocena: 4,5/6

5 komentarzy:

  1. Mam i czeka w kolejce do przeczytania :) Polecam Ci bardzo serdecznie 1000 dni w Wenecji i 1000 dni w Toskanii, tej samej autorki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo, pięknie dziękuję za polecenie! Właśnie rozglądam się za innymi książkami tej Pani, ale bładzę jak pijane dziecko we mgle :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oh i Tamtego lata na Sycylii - niesamowita powieść. Na prawdę gorąco polecam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Aaaa i jeszcze! 1000 dni ... to tak jakby pisana część po sobie. Więc na początek 1000 dni w Wenecji, później w Toskanii a na końcu w Orvieto - tej części jeszcze nie czytałam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki wielkie! Właśnie przeglądam księgarnie internetowe i szukam gdzie można kupić najtaniej coś z wymienionych przez Ciebie pozycji. Pozdrowionka!

    OdpowiedzUsuń

Pięknie dziękuję za każde pozostawione tu słówko.