poniedziałek, 31 grudnia 2012

Poświątecznie i sylwestrowo

Witajcie Kochani!

Minęło już trochę czasu od ostatniego wpisu, ale po części  przez ciążę, po części przez przesyt,  potrzebowałam małej przerwy od blogowego i generalnie internetowego świata. Pewnie wiecie o czym mówię, bo chyba każdego z nas dopada czasem takie przesilenie...
Wracam teraz do Was wytęskniona i ze zdwojoną siłą, a że nadrabiając zaległości na waszych blogach zauważyłam, że królują tam teraz statystyki i podsumowania odnośnie roku 2012, to i ja pokuszę się o kilka słów, choć w planie na ten wpis było coś całkiem innego :)

Rok 2012 był dla mnie bardzo łaskawy. Zarówno mnie, jak i moich bliskich ominęły większe choroby czy nieszczęścia, spędziłam wiele cudownych i niezapomnianych chwil z moimi chłopakami, spełniło się moje marzenie o wyjeździe do Toskanii, udało mi się zajść w upragnioną, drugą ciążę, były dłuższe wypady do Polski, a do tego wszystkiego czas na książki i robótki oraz wiele wspaniałych i niesamowicie inspirujących godzin spędzonych na waszych blogach. Być może dla kogoś to nic spektakularnego, bo nie dorobiłam się majątku, nie wspinałam po lodowcu, ani nie nauczyłam się kitesurfingu czy też kolejnego języka, ale dla mnie był to rok piękny i niezapomniany.


Robótkowo w tym roku królowało szydełko i wyroby dziecięce (kocyki, poncha, szaliki itd.). Nie zdążyłam tutaj wszystkiego pokazać, ale niektóre wyroby były powtórkami, a inne zbyt szybko zmieniły właściciela,  więc również nie załapały się na sesję. Łącznie "wydłubałam" jakieś 17 sztuk. Czy jestem zadowolna z takich wyników? I tak i nie lub inaczej mówiąc jest dobrze, ale mogło być lepiej :) Oprócz tego było kilka prac drutowych, biżutków i scrapów (dość osobistych, więc niepublikowanych), ale to raczej drobiazgi...


Czytelniczo rok ten był nieco gorszy od poprzednich, bo według moich notatek przeczytałam 27 książek, czyli o jakieś 10-15 mniej w stosunku do lat poprzednich, ale te 27 sztuk, to i tak o wiele więcej niż się spodziewałam, choćby ze względu na moje półtoraroczne Słoneczko czy też kilka innych pasji, pożerających czas wolny. Za to na wszelkie wyzwania spuszczę dyskretnie zasłonę milczenia...

Filmowo statystyki raczej skromne, bo nie wiedzieć czemu całkiem zaprzestałam pisania recenzji tego, co obejrzałam... W każdym bądź razie filmami, które po 2012 najbardziej zapadły w pamięć są: seria filmów na podstawie książek Agathy Christie z Margaret Rutherford w roli Miss Marple, "Trylogia Millenium", "Gran Torino", "W ciemności" oraz "Skyfall".

Muzycznie szału nie było. Pozostałam wierna swoim ulubieńcom, a jedynym, za to wielkim odkryciem tego roku była Florence and The Maschine. Pokochałam miłością wielką i męczę obydwie płytki, które są  moim posiadaniu niemiłosiernie :)

Tyle do tego co było. Nowych postanowień tym razem nie będzie, bo po pierwsze nie wywiązałam się jeszcze z kilku zeszłorocznych, a po drugie nie wiem jak to będzie, kiedy na świecie pojawi się drugie Szczęście. W każdym bądź razie zapasy książkowo - włóczkowo są spore, więc o ile czas pozwoli będę działać dalej.

A propos książek... Przytargałam z Polski nowe stosisko. Tym razem nieco większe, bo ze względu na poród i maleństwo nie wiem kiedy znowu tam zawitam.


 Od góry:

Nabytki z antykwariatu:
Abe Kobo "Kobieta z wydm"
Olga Tokarczuk "Szafa"
Magda Szabó "Bal maskowy"
Magda Szabó "Świniobicie"
Magdalena Samozwaniec "Tylko dla mężczyzn"

Prezenty spod choinki, trafione w 100, a nawet 200%!
El James "Piędziesiąt twarzy Greya"
J. K. Rowling "Trafny wybór"
Wojciech Mann "Kroniki wariata z kraju i ze świata"
Elżbieta Piskorz - Branekova "Biżuteria ludowa w Polsce"
Stacy Wasmuth "Mamarazzi. Fotografowanie dzieci. Poradnik dla Mam"

Tania książka i pożyczki z biblioteczki rodziców
Sarah Kate Lynch "Błogosławieni, którzy robią ser"
Sue Monk Kidd "Sekretne życie pszczół"
Claudia Schreiber "Rozkosze Emmy"
Alice Walker "Kolor purpury"
Małgorzata Gutowska-Adamczyk "Serenada"
Paweł Huelle "Weiser Dawidek"
Mario Vargas Llosa "Zeszyty Rigoberta"
Fuchsia Dunlop "Płetwa rekina i syczuański pieprz"
Anna Dziewit Meller, Marcin Meller "Gaumardżos. Opowieści z Gruzji"
Anna i Marcin Szymczak "Tybet. Ginąca kultura"


Życzę Wam, Kochani szałowego Sylwestra i wszystkiego dobrego w Nowym 2013 Roku!!!
Aby wena Was nie opuszczała, doba wydłużyła się do 40 godzin, a wszelkie czytane lektury dostarczały samych pozytywnych doznań :)
 

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Jarmark świąteczny x 3

Dziś  troszkę świątecznego klimatu i mało słów, za to dużo zdjęć.



 W minioną sobotę wybrałyśmy się z pewną przemiłą koleżanką (ściskam kochana!) na podbój monachijskich jarmarków świątecznych. 
Niemcy lubują się w takich klimatach i z tego co właśnie wyczytałam, to w samym Monachium jest aż dwanaście takich miejsc (zwanych tutaj Weihnachtsmarkt lub Christkindlmarkt). My jednak zadowoliłyśmy się "jedynie" trzema ;) 

Pierwsze zdjęcia to migawki z bardzo klimatycznego jarmarku średniowiecznego.


Natomiast pozostałe z kolejnych dwóch.






















Na koniec coś, co niesamowicie nas rozbroiło, czyli pospolity śmietnik w niepospolitej odsłonie. Aż się prosi o wrzucenie do niego śmieci! :)

Urocze popołudnie i przesympatyczne klimaty, jednak przedzieranie się przez te dzikie tłumy, to na dłuższą metę nie na nerwy kobiety w ciąży :))

A jak jest z Wami? Lubicie takie miejsca? Odwiedzacie?

Ściskam!

niedziela, 2 grudnia 2012

Deep Purple

Hej, hej Kochani!

Widzę, że u większości z Was przygotowania do Świąt idą pełną parą i czasu na blogowanie jakby nieco mniej. My jak co roku pojedziemy do Polski, a do tego większość prezentów już zakupiliśmy, więc przedświąteczne szaleństwo nas omija i możemy oddać się innym przyjemnościom, jak choćby wyjście na koncert :)



Zespołu Deep Purple raczej nie trzeba nikomu przedstawiać, bo takie tytuły jak "Smoke on the water" czy "Strange kind of woman" zna lub choćby raz słyszał chyba każdy z nas. Jest to klasyka rocka i - co się potwierdziło podaczas koncertu -klasa sama w sobie.


Zacznę może od tego, że kupując bilety kilka miesięcy temu wzięłam pod wagę fakt, że mogę  już być w ciąży i postawiłam na miejsca siedzące. W związku z tym zamiast skakać pod sceną, jak to czyni większość zdrowych na ciele i umyśle trzydziestolatków podczas koncertu rokowego, my z małżonem udaliśmy się do loży rencistów i emerytów, czyt. szyderców, gdzie przytupując sobie nóżkami mogliśmy komentować każdy szczegół koncertu bez końca :)

Pierwsze bardzo pozytywne zaskoczenie, to brak naciąganych gadek, bo nie wiem jak wy, ale ja, osobiście, nie przepadam za pytaniem po dwadzieścia razy w ciągu godziny "Dobrze się bawicieeeee? Na prawdę dobrzeeee się bawicie? Jak dobrzeeeee się bawicieeeee?". Półtorej godziny świetnej muzyki, z fantastycznymi przejściami pomiędzy utworami i raczej sporadyczne,aczkolwiek bardzo sympatyczne komentarze, to jest to! W końcu przychodzimy posłuchać muzyki, a nie opowieści dziwnej treści o ostatnim śnie czy też posiłku wokalisty :) A propos wokalisty.... Na ogół jest tak, że znajduje się on w centrum uwagi, a reszta zespołu stanowi jedynie skromne tło. Tutaj, ku naszemu wielkiemu, aczkolwiek bardzo pozytywnemu zaskoczeniu, wszyscy byli na równi i każdy z członków miał swoje pięć minut, czyli czas na "solówkę", podczas której publika mogła zobaczyć kto się kryje za danym instrumentem i co mu w duszy gra. Perkusista odstwił takie show, że trampki spadały, klawiszowiec rozbawił swoją interpretacją kilku znanych utworów, gitarzysta zabawił się w Santanę, natomiast basista był tak uroczy, że mimo tego, iż najstarszy (dokładnie w tym dniu kończył 67 lat) oczarował mnie swoim graniem i sposobem bycia najmocniej. A, co tam! Pokażę Wam kto to taki :) Roger Glover we własnej osobie:

źródło

Końcówka koncertu również potwierdziła klasę artystów. Wbrew pozorom, to że zespół wyjdzie na bis nie zawsze jest oczywiste (Red Hots Chili Peppers, którzy grali w Monachium 5 lat temu nie mieli na przykład takiej potrzeby), a do tego czasem zdarza się że nawet jak zespół wyjdzie, to odegra coś na "odwal się" (jak to miało miejsce podczas jednego z koncertów Kultu) i choćby koncert był nie wiem jak fajny, to czasem taki końcowy niesmak pozostaje najsilniejszym wrażeniem. Zespół Deep Purple natomiast bardzo miło się pożegnał i to nie tylko słowem, ale i uczynkiem ;) Najpierw pięknie podziękowali i rozrzucili po publice kilka kompletów pałeczek, gitarowych piórek, jakieś koszulki itd., po czym wyszli i nakłonieni owacjami wrócili z rewelacyjnym bisem (wesoła mieszanki bluesa, rock&rolla i rocka) oraz kolejną porcją rozrzuconych gadżetów. Szacunkiem do publiczności zyskali jeszcze większy szacunek do siebie.


Reasumując, koncert Deep Purple okazał jednym z najlepszych na jakich byłam. Kawał dobrego rocka i półtorej godziny obcowania z tak sympatyczną muzyczną legendą były niesamowicie przyjemnym doświadczeniem! Oby więcej takich :)

P.S. Wybaczie jakość zdjęć, ale wnoszenie aparatów było zakazane i zdjęcia cyknęłam tak pro forma, moim komórczakiem.

piątek, 30 listopada 2012

"Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich" Małgorzata Gutowska-Adamczyk

"Twoja twórczość ma być dla Ciebie najważniejsza, jesteś kapłanką, powinnaś nawracać, tymczasem w Twoim kościele hula wiatr" *

Oj, taaak. Hula, aż miło :) Niestety choróbsko (najpierw moje, później juniora, obecnie męża) mocno pokrzyżowało wszelkie, w tym również rękodzielnicze plany, ale nie ma tego złego, bo przecież zawsze można trochę poczytać, kiedy siły na cokolwiek innego brak...

źródło zdjęcia i opisu
W pierwszej kolejności rzuciłam się na najnowszą i długo wyczekiwaną powieść Pani Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk, autorki bestsellerowej "Cukierni pod Amorem".

 "Tym razem wraz z główną bohaterką (znamy ją z pierwszego tomu Cukierni, w którym zawróciła w głowie Tomaszowi Zajezierskiemu) wyruszymy do Paryża okresu belle epoque. Poznamy historię Róży z Wolskich (późniejszej księżnej Rose de Vallenord) — malarki, emancypantki, skandalistki.
Równie ważnym bohaterem powieści będzie Paryż — miasto magiczne, w którym spełniają się marzenia."

Początkowo bałam się, że ciężko będzie wgryźć się w lekturę, gdyż ubzdurałam sobie, że na pewno pojawi się cała masa wątków nawiązujących do "Cukierni...", a tych już za dobrze nie pamiętam, jednak nic bardziej mylnego. Książki choć stanowią jeden cykl, nie są ze sobą powiązane na tyle, że Podróż wymaga znajomości Cukierni. Owszem, tu i ówdzie pojawi się bohater, który nie będzie dla nas nowością, a główny wątek zahacza o dobrze już nam znane Gutowo, jednak tak na prawdę nie ma to większego znaczenia, gdyż prym wiedzie tu co innego...
 
Akcja Podróży toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy Ninę, młodą i jak najbardziej współczesną kobietę, która boryka się z problemem samotności i apodyktycznej matki, z drugiej strony natomiast, przenosimy się w klimat dziewiętnastowiecznego Paryża, gdzie z zapartym tchem śledzimy losy młodej artystki, niejakiej Róży Wolskiej. Co łączy te dwie kobiety, tego zdradzać nie mogę, a raczej nie chcę, zachęcam jednak do przekonania się o tym samemu :)

"Podróż do miasta świateł" jest lekturą fascynującą, choć nieco inną od poprzednich książek tej autorki. Stylistycznie tak samo dobra oraz równie mocno wciągająca, jednak porusza nieco inne tematy, jak choćby rola kobiety w społeczeństwie na przestrzeni kilkuset lat, co zaciekawi chyba każdą z nas. Ja na pewno z wielką przyjemnością  sięgnę po tom drugi, który ma być wydany jesienią 2013 roku!

Moja ocena: 5/6



*M. Gutkowska - Adamczyk, "Podróż do miasta świateł", str. 377

czwartek, 15 listopada 2012

Komplet zimowy w kolorach ziemi

Prosty, klasyczny zestaw dla pierworodnego. W sumie to chyba pierwsza rzecz, którą dla niego zrobiłam :)


Nie bawiłam się w żadne gadżety, ponieważ czapka i szalik były robione pod konkretną kurteczkę, a ta już posiada dość liczne wzorki.



Zestaw był już przetestowany i zdał egzamin :)


Włóczka to Dropsowy NEPAL (uni, beż i brąz), druty 4, 4,5 i 5. Włóczka jest bardzo mięsista i przyjemna w robocie. Jak dla mnie idealna na takie wyroby. Zastanawiam się teraz czy nie machnąć małemu jakiejś kamizelki albo kardiganu, bo widzę, że Nepal wszędzie na promocji....

Miłego dnia Kochani!

sobota, 10 listopada 2012

"Lód i woda, woda i lód" Majgull Axelsson

Z niejaką ulgą powitałam ostatnią stronę tej książki. Nie dlatego, że była ona zła, ale takiego natężenia ciężkich do przetrawienia emocji już dawno nie miałam okazji smakować. Swoją drogą, to czy szwedzcy autorzy pisują w ogóle wesołe powiastki? Ja jak dotąd trafiam na same kryminały lub dramaty rodzinne...

Opis i fotka zaczerpnięte z portalu lubimyczytac.pl:

„Lód i woda, woda i lód” to napisana z rozmachem historia rodzinnych napięć, rozłamów i tragedii, które infekują kolejne pokolenia. Historia sióstr, które z wiekiem stają się sobie obce, i matek odrzucających swoje dzieci. Oto bohaterowie książki: Susanne, która jest córką Inez. Inez, która jest siostrą bliźniaczką Elsie. Elsie, która jest matką Bjorna. Bjorn, dla którego prawdziwą matką jest Inez, ponieważ Elsie nie starczyło sił, by podjąć trud wychowania syna. Miłość, której tak bardzo brakuje wszystkim bohaterom, jest przede wszystkim miłością matczyną. Matki odrzucają swoje dzieci, a te nie potrafią przekazać miłości dalej. Wycofują się ze świata, w którym się nie odnajdują i nawet jeśli odnoszą wielki sukces, jak w przypadku Bjorna, staje się to początkiem katastrofy. Susanne może wyrwać się z zaklętego kręgu. Wprawdzie uciekła przed swoim życiem na pokład arktycznego lodołamacza, ale właśnie tam, nieopodal bieguna północnego, dostaje szansę, by poznać i zaakceptować miłość, a także by zmierzyć się ze swoim lękiem i upiorami z przeszłości.

Któryś z recenzentów określił tę książkę jako "klaustrofobiczną w nastroju". Nie jestem w stanie wymyślić bardziej celnego sformułowania. Już od pierwszej strony wsiąkamy w świat lęków, smutku i niełatwej przeszłości głównej bohaterki, o którą to potykamy się na każdym kroku (o przeszłość, nie o bohaterkę :)) i nie rozstajemy się z takim mrocznym nastrojem do samego końca. Mnie to odrobinę wymęczyło i książkę co jakiś czas musiałam odstawić na bok. W innym przypadku popadłabym zapewne w taką samą frustrację (o ile nie depresję) jak co drugi bohater tej powieści, a uwierzcie mi - portrety psychologiczne są tu na prawdę solidnie nakreślone i mocno działają na wyobraźnię...

"Lód i woda, woda i lód" nie jest książką łatwą, ale porusza interesujące tematy i daje mocno do myślenia. Opowiada ona o matkach, które nie potrafią kochać, o siostrach, które oddaliły się od siebie tak mocno, że po latach w żaden sposób nie mogą nawiązać nici porozumienia, a przede wszystkim, o dzieciach wychowywanych w tych jakże tokycznych warunkach, które nie potrafią znaleźć wojego miejsca na ziemi. Każdy z bohaterów dźwiga w milczeniu swój własny krzyżyk, tłumiąc przez lata emocje, ale jak długo można?! Nie, z czasem wcale nie dochodzi do żadnej wielkiej konfrontacji i happy endu. Bohaterzy po prostu wraz z latami dojrzewają do takich, a nie innych decyzji, ale czy jest jakieś wyjście z tego błędnego koła? Czy można na siłę zmienić swoje nastawienie do życia, wzbaczyć krzywdy, zapomnieć o przeszłości? Czytając tę powieść człowiek automatycznie zastanawia się nad tym co sam wyniósł z domu i jak wielki wpływ na nasze życie mają relacje z najbliższymi...



Nie wiem czy podobała mi się ta książka. Szczerze. Z jednej strony lektura wciągająca, z drugiej, ogromnie deprymująca. Na pewno podobał mi się styl, jednak zbyt rozbudowana akcja momenatmi męczyła. 
Moje odczucia są jak widać mocno mieszane, stąd brak oceny, nie mniej jednak autorki nie skreślam i kiedyś mam zamiar sięgnąć po "Kwietniową czarownicę".

Książka pochodząca z domowej biblioteczki, więc zaliczam ją do wyzwania "Z półki".

 

poniedziałek, 29 października 2012

7 prawd i coś dzianego

Kochani, ja się powolutku zbieram do wyjazdu na Wszystkich Świętych, jednak zanim wyjadę, chciałam jeszcze napisać o dwóch rzeczach.

Po pierwsze, chciałam pokazać jeszcze ciepły jesienno-zimowy komplecik, który wykonałam dla mojej Mamy, bo jest to ostatnia szansa na obfocenie (wybaczcie jakość tych zdjęć, ale pośpiech i zła pogoda nie sprzyjały :)) 



Mam nadzieję, że nowa właścicielka będzie zadowolona, tym bardziej, że aby nie było nudno robiłam tak, żeby otulacz można było nosić w trzech wariantach:

Tradycyjnie

Jako szalik

"Na mnicha"

Włóczka "Big Ball" Schoeller&Stahl
Druty: zalecane 8-9, ja użyłam 8 (na komin) i 4,5 oraz 5 na czapkę (w zeszłym roku robiłam z tej włóczki
 ósemkami i po kilkukrotnym użyciu  z czapki-worka zrobił się wór na ziemniaki).


Po drugie, kochana Ren-ya przyznała mi jakiś czas temu wyróżnienie "Versatile Blogger" (znaczy tyle co "wszechstronny bloger") za które z całego serducha dziękuję! Chyba większość z nas zgodzi się z tym, że w takich chwilach prowadzenie bloga nabiera innego sensu, a uśmiech nie schodzi z twarzy :) Dziękuję kochana raz jeszcze!!!


Zgodnie z zasadami powinnam teraz napisać 7 rzeczy, których o mnie nie wiecie i wytypować kolejne blogi,
jednak większość tych, które śledzę jest wspaniała i szalenie wszechstronna, więc przyznaję wyróżnienie każdemu kto jest na mojej liście ulubionych (po prawej stronie) i ma ochotę na tę zabawę :)

1. W podstawówce byłam słaba z ZPT. Na drutach robiłam za luźno, na szydełku zbyt ściśle, a jeśli chodzi o hafty, to ich druga strona zawsze wołała o pomstę do nieba. Pamiętam jak dziś komentarz nauczycielki, że "rękodzielniczką to Ty na pewno nie zostaniesz" :)
2. Przez 3 lata należałam do klubu motocyklowego
3. Jestem bałaganiarą, ale wyjątkiem są zdjęcia. Te muszą być posortowane, podatowane, wywołane, powklejane do albumów, opisane. O resztę mogę się potykać.
4. Uwielbiam się malować, za to nie farbuję włosów.
5. Szybko wybaczam, długo pamiętam.
6. Zawsze robię kilka rzeczy równocześnie - czytam po 3 książki, na drutach/szydełku mam przeciętnie 4 robótki itd.
7. Jestem uzależniona od kawy. Nawet bezkofeinowej :))

Ściskam Was z całych sił!

niedziela, 28 października 2012

Targi Minerałów 2012 w Monachium

Kochani, zanim przejdę do tematu właściwego, chciałam Wam gorąco podziękować za te wszystkie miłe słowa pozostawione pod poprzednim postem oraz w mailach. DZIĘKUJĘ z całego serca! Niesamowicie mi miło i nie ukrywam, że się wzruszyłam... Ściskam Was z całych sił, wszystkich razem i każdego z osobna :)

~~~~~~~~~~~~~

Dzisiejszy dzień był spełnieniem jednego z moich malutkich marzeń, więc ostrzegam, że ilość zdjęć raczej nieskromna :)

Targi Minerałów i Skamieniałości kusiły mnie od bardzo dawna, jednak złośliwie zawsze wypadały na początku listopada, czyli akurat wtedy, kiedy przebywaliśmy w Polsce z okazji wiadomego dnia. Praktycznie co roku sprawdzałam daty z nadzieją, że tym razem się uda, bo coś zmienili i nareszcie się doczekałam!



Tak więc dziś w samo południe wyruszyliśmy w przemiłym towarzystwie małżonka mego osobistego oraz dziecka, póki co jedynego, w śnieżne zaspy na podbój targów!

Już od progu można było sycić oczy wszystkimi kolorami tęczy...


 

Cudo, mówię Wam! Ale najlepsze dopiero przed nami...





















 Małżon (zapewne z racji swojego wieku :D) z największą ciekawością zerkał w stronę skamieniałości...

















... a ja korali przecudnej urody. Nie ukrywam, że to był główny cel mojej wyprawy, ale tutaj, jak to zwykle w życiu bywa, nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością. To co mi się na prawdę spodobało było poza moimi możliwościami finansowymi, a to co było w moim zasięgu jakoś nie powalało na kolana. Owszem, ładne, ale dosyć przeciętne kamyczki...




 Jeszcze kilka zdjęć futurystycznych....

























... i przechodzimy do podsumowania.

Targi okazały się być niesamowicie ciekawe, jednak nieco inne niż je sobie wyobrażałam. Na przykład naiwnie myślałam, że wrócę do domu obładowana koralami, a wróciłam ze świąteczną szopką w agacie, jajem dinozaura, chińskimi woreczkami oraz parmezanem, tudzież włoską kiełbachą... No dobra, kupiłam też sobie kilka rzemyczków i korale koloru koralowego. Żeby nie było :D



Niemniej jednak dzień spędzony bardzo miło, a ciekawość zaspokojona :)

wtorek, 9 października 2012

Ufność i prośba

Dziecko jest chodzącym cudem, jedynym, wyjątkowym, niezastąpionym...

Kochani, dziś piszę do Was z wielką prośbą o pomoc. 

W Częstochowie działa wspaniały ośrodek "Ufność"(www.ufnosc.pl), który pomaga malutkim, chorym dzieciaczkom, porzuconym przez rodziców, a któremu niestety grozi likwidacja, gdyż nasze państwo nie dość, że nie poczuwa sie do odpowiedzialności za te maluchy, to jeszcze grozi odcięciem prądu i zamknięciem placówki :(

Ośrodek ten działa od 1999 roku i do tej pory wyleczył i pomógł znaleźć dom już 600 dzieciaczkom!!! Potrzebujących jest coraz więcej, natomiast funduszy i środków do życia coraz mniej. Jeśli więc możecie, pomóżcie! Jak?

 1. Informujcie o akcji swoich znajomych - na żywo, na blogu, na facebooku... gdziekolwiek się da. Im więcej osób się dowie, tym więcej pomoże. 

2. Prześlijcie do ośrodka choćby małą paczuszkę. Potrzebne są przede wszystkim:
  • artykuły pielęgnacyjne:
    • pieluchy jednorazowe- wszystkie rozmiary , chusteczki nawilżające dla niemowląt, środki pielęgnacyjne; kremy, oliwki,płyny do kąpieli, mydełka, szampony, butelki do karmienia ( 250 ml i 120 ml), pieluszki tetrowe.
  • artykuły spożywcze:
    • zupki, deserki, soki dla niemowląt od 4 miesiąca ( sugerowane serie z literką A dla alergików), mleko NAN Pro 1/2/3, mleko NAN HA 1/ 2 ,kaszki ryżowe smakowe.
  • artykuły czystościowe:
    • proszki do prania dla dzieci, płyny do płukania tkanin z serii „sensitiv”
3. Lub prześlijcie pieniążki na konto:

Stowarzyszenie Pielęgniarsko-Opiekuńcze „Z Ufnością w Trzecie Tysiąclecie”
ul. Szkolna 3, 42-262 Poczesna
PL 34 1160 2202 0000 0000 3945 6979
S.W.I.F.T.: BIGBPLPWXXX


4. Do znajomych z Monachium i okolic: tu też będziemy zbierać! Dołączcie do nas na facebooku do grupy "Polacy dzieciom".






Wszelkie informacje na temat akcji i ośrodka znajdziecie tutaj:





Pamiętajcie, każda, choćby najmniejsza pomoc się liczy!!!

wtorek, 25 września 2012

Milion książek na jesień

Wpis z dedykacją dla Kataliny :D

Na stronie wydawnictwa Weltbild można upolować kolejne okazje, gdyż wznowili oni promocję z serii "Milion książek po 9,99". O, tutaj można zobaczyć co pojawiło się tym razem w ofercie :)

Miłego dnia!

poniedziałek, 24 września 2012

Sławni i zabawni

Kto powiedział, że poeta musi być nudny i poważny? Dlaczego w szkołach pokazują nam dumne portrety i każą wkuwać, że taki Słowacki wielkim poetą był, a nikt już nie doda, że nigdy nie pracował fizycznie, uwielbiał hazard, a do tego był zapalonym mistykiem? O ileż przyjemniej myśli się wtedy o takim wieszczu, który - jak my wszyscy - posiada swoje małe dziwactwa i słabości...

Dziś chciałam polecić Wam trzy przezabawne książeczki, które pokazują, że można być wielkim, a zarazem zabawnym autorem. O ile w przypadku K.I. Gałczyńskiego humor nie dziwi, o tyle Julian Tuwim czy Antoni Słonimski stanowią już pewną nowość. Celowo zebrałam wszystkie trzy pozycje w jedną całość, a dlaczego? O tym przekonacie się później :)

źródło
W przypadku Słonimskiego zaintrygował mnie tytuł książki: "O dzieciach, wariatach i grafomanach".  Do tej pory autor kojarzył mi się głównie z poezją i dramatem, więc tak przewrotny tytuł musiał wzbudzić moją ciekawość.

Książka ta jest zbiorem przezabawnych felietonów, a raczej pełnych ironii anegdot i dowcipnych komentarzy dotyczących otaczającego nas świata. Znajdziemy w niej teksty dotyczące zarówno wspomnianych już w tytule dzieci czy grafomanów, ale też wielkich osobistości dwudziestolecia międzywojennego czy też tak przyziemnych spraw jak kłamstewka, które lubią wychodzić na światło dzienne w najmniej oczekiwanym momencie, reklama, która czasem nie trzyma się kupy, a jednak potrafi nas otumanić, sport, który nie zawsze wychodzi na zdrowie czy też najczęstsze przyjęciowe faux pas. Długo by wymieniać...

Tuwim wpadł w moje ręce niespodziewanie. Umówiłam się z pewnym zaprzyjaźnionym molem książkowym na ploteczki zupełnie niezwiązane z czytaniem i nastąpiła całkiem spontaniczna wymiana Słonimskiego na Tuwima. Bardzo miły zbieg okoliczności, że podczytywałyśmy w tym czasie książki tak bardzo do siebie podobne  :)

źródło
"Cicer cum caule czyli groch z kapustą" jest nieco inne niż pozycja wyżej wspomniana, jednak nie mniej zabawne. Autor już we wstępie zaznacza, że odkąd pamięta zawsze interesowały go wszelkie curiosa i nie szczędził sił ani czasu na podróże po Polsce i świecie, w celu wyszukiwania wszelkich ciekawostek i dziwadeł. Pisze nawet, że gdyby istniała katedra dziwologii mógłby tam być dziekanem :)

Książka jest wyjątkową mieszanką różnorakich form i tekstów, więc tutuł jak najbardziej adekwatny do treści. Znaleźć tu można m.in. urocze opowieści o roztargnionych uczonych lub dziwakach i ich nietypowych wynalazkach, wierszyki, aforyzmy oraz teksty piosenek, które autora bawiły, zasady dawnej ortografii, przykłady chochlików drukarskich czy też żarty z (momentami bardzo nieporadnego) nazewnictwa naukowego. Mamy też wiele cytatów z poradników czy czasopism,  które z biegiem czasu nabrały nieco innego, bardzo zabawnego znaczenia, więc na pewno nie będziemy się nudzić podczas lektury.

Ostatnią już pozycją w tym klimacie są "Listy z fiołkiem" Gałczyńskiego. Kolejna perełka, która na długo zapada w pamięć, bo jak można nie zakochać się w autorze, który na przykład serce wróbelka nazywa malutenietycipitukociułapciluśne? No jak?! :)


źródło
"Listy z fiołkiem" to klasa sama w sobie. Na książę składa się około stu dość przewrotnych felietonów, ujętych w formę listów do redakcji pewnego bliżej nieokreślonego czaspisma. Autor wciela się zarówno w rolę pełnego pretensji czytelnika - Karakuliambro, jak i spokojnego redaktora, który nie szczędząc humoru na te listy odpowiada.

Tak jak i w poprzednich tytułach mamy tu spostrzeżenia dotyczące otaczającego nas świata, jednak Gałczyński dużo bardziej skupia się na wyśmiewaniu bylejakości, pseudointeligencji czy też upolitycznianiu kultury. Książkę czyta się lekko i przyjemnie, jednak na pewno nie można jej zaliczyć do banalnych czytadeł.

Słonimski, Tuwim i Gałczyński - trzy wielkie nazwiska, obdarzone nie tylko ogromnym talentem, ale też celnym okiem i wybornym poczuciem humoru. Na tym wspólne cechy się nie kończą, bo należy jeszcze wspomnieć o nieprzeciętnej inteligencji oraz wpaniałej polszczyźnie, jaką cała trójka się posługuje. Wszystko to sprawia, że lektura książek o których Wam dzisiaj opowiadam jest nie tylko wspaniałą rozrywką, ale również obcowaniem z kulturą, której ze świecą szukać w książkach współczesnych - to już nie ta sama lekkość pióra, przewrotność i subtelność w wyrażaniu poglądów. Tak więc gorąco Was zachęcam do zapoznania się z choćby jedną z wyżej wspomnianych książek. Szkoda, żeby takie perełki odeszły w zapomnienie...

P.S. Słonimskiego i Gałczyńskiego dorzucam do wyzwania "Z półki"