poniedziałek, 5 grudnia 2011

Ja pierniczę...

Skoro Święta za pasem, to czas najwyższy pomyśleć o pierniczkach! Zazwyczaj robię je kilka tygodni wcześniej, aby zdążyły odpowiednio skruszeć, ale w tym roku nieco się zagapiłam  i dopiero podczas minionego weekendu wzięłam się do roboty.


Ja w tym roku zaszalałam i robiłam z podwójnej ilości ciasta, więc wyszło ich na prawdę sporo (po 17tej blaszce przestałam liczyć...), ale ludziom bez zobowiązań typu samotna ciocia czy też starsi, bezdzietni sąsiedzi, którym wypada się odwdzięczyć za te wszystkie drobiazgi, którymi obdarowują w ciągu roku Młodego, stanowczo nie polecam takiej zabawy ;)


Pierniczki wylądowały już tam, gdzie ich miejsce, czyli spora część w brzuchu małżonka ;), część w słojach na użytek domowy, a reszta w puszkach, które później powędrują do nowych właścicieli :)


Temat tegorocznych wypieków uznaję tym samym za zamknięty! Reszta na szczęście w rękach mamy i bratowej :)

5 komentarzy:

  1. Podziwiam!!!

    ...I żałuję, że nie jestem Twoją sąsiadką:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana, ja sama siebie podziwiam, bo taką cierpliwością, żeby stać do 2.00 w nocy w kuchni na ogół nie grzeszę :)))

    Szkoda, że mieszkasz tak daleko, bo poza pierniczkami zlałam już świąteczne nalewki, więc chętnie zaprosiłabym na małą degustację i pogaduchy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No to teraz jeszcze bardziej żałuję, że nie jestem Twoją sąsiadką;)

    OdpowiedzUsuń
  4. No dokładnie to mam na myśli mówiąc o tonach pierników. W tym roku też mi jakoś wszystko uciekło i zostałam daleko w tyle. Pierniki będą twarde, ale co tam...

    pozdrawiam

    Anka

    OdpowiedzUsuń
  5. Twarde czy nie, ważne, że własnymi rękami i z srcem zrobione. Ja tak sobie tłumaczę :D

    OdpowiedzUsuń

Pięknie dziękuję za każde pozostawione tu słówko.