środa, 12 października 2011

Jesienne drobiazgi

Jesień za oknem natchnęła mnie do wykonania kilku biżuteryjnych drobiazgów, które odrazu poprawiły mi humor. Jak to się ładnie mówi - mała rzecz, a cieszy :)

Pierwsze kolczyki i naszyjnik były inspirowane kolorami liści, wyściełających chodniki. Wykonałam je z koralików szklanych i jeśli chodzi o kolczyki, to choć na ogół preferuję srebro, tak w tym przypadku miedź wydała mi się bardziej odpowiednia.


Naszyjnik prezentuje się tak:


Kolejne prace są nieco bardziej energetyczne i idealnie sprawdzają się przy ciemnych, prostych golfach. Kolczyki wykonane z korala:


I bransoletka bodajże z karneolu (kamienie kupiłam daaawno temu i nie podpisałam niestety)




W głowie jest jeszcze kilka pomysłów, więc sądzę, że niebawem zaprezentuję kolejne prace, a póki co intensywnie myślę nad jak najlepszym wykorzystaniem przepięknych, ręcznie wykonanych korali ceramicznych, które otrzymałam ostatnio w prezencie od Mamy. Oczywiście nie ona je robiła, ale z myślą o mnie zakupiła je podczas Święta Ceramiki w pobliskim mieście :)





Cudne, prawda?

wtorek, 11 października 2011

Top 10: Dziesięć największych rozczarowań literackich!

Kolejna część zabawy u Kreatywy :)



Wyzwanie ten tydzień brzmi: Dziesięć największych rozczarowań literackich!
Tym razem nie miałam najmniejszych problemów z wytypowaniem mojego Top 10 :)
Oto ono:

1. "Czyste intencje" Charlaine Harris

Wielkie rozczarowanie, które szczegółowo opisałam tutaj. W wielkim skrócie - nic do mnie w tej książce nie przemówiło, bo ani akcja, ani bohaterowie, a już najmniej zakończenie.

2. "Moja Afryka" Kinga Choszcz
Po prostu nie to. Chemia między mną i autorką nie zagrała, bo choć uwielbiam książki podróżnicze, to opisy w stylu "Wstałam o 6.15, a trzy minuty później zeszłam na śniadanie, które składało się z...." niemiłosiernie mnie nużą, w związku z czym książki tej nawet nie doczytałam. Doceniam pasję Kingi, bardzo mi przykro, że na jednej ze swoich wypraw umarła, jednak nie zmieni to faktu, że w "Mojej Afryce" jak dla mnie czegoś zabrakło...

3. "Chleb płaczu" Anne de Graaf
Zacytuję to co już o tej książce tutaj napisałam: "Do pewnego momentu książka bardzo mi się podobała. Ciekawa fabuła, styl pisania, który lubię, a do tego spory kawałek polskiej historii opisany w sposób ciekawy i przejmujący. Już myślałam, że w końcu - pierwszy raz od dawna - natrafiłam na książkę, której nie będę miała nic do zarzucenia, ale... Nie wiedzieć czemu pod sam koniec autorka postanowiła skupić się jedynie na dwóch bohaterach z trzech, całkowicie pomijając postać Jacka, który mnie akurat fascynował, a do tego wprowadziła patos i sformułowania rodem z harlequina, co w połączeniu z jakże cudownym (czyt. nierealno - banalnym) odnalezieniem się głównych bohaterów sprawiło, iż miałam ochotę rzucić książkę w kąt 10 stron przed końcem."

4. "Książę mgły" Carlos Ruiz Zafon
O tej książce również już się wypowiadałam, więc znowu zacytuję: "Jak dla mnie bez szału. Sam pomysł na powieść bardzo fajny, jednak dość kiepsko rozwinięty - naiwna i uproszczona fabuła, banalne zakończenie... szkoda. Generalnie książka ta okazała się być (jak dla mnie) miłym, ale absolutnie przeciętnym czytadełkiem o którym zapomina się w chwilę po odłożeniu na półkę."

5. "Nad brzegiem rzeki Piedry usiadłem i płakałem" Paulo Coelho
Coelho czytałam mając 16 wiosenek. Wszystkie w mojej klasie czytałyśmy, bo jakże to romantyczne i głębokie nam się to wtedy wydawało... Z tego co pamiętam, to "Alchemik" i "Weronika postanawia umrzeć" bardzo mi się podobały, natomiast wszystkie kolejne pozycje były jednym wielkim rozczarowaniem, a już "Nad brzegiem..." było mega pomyłką!

6. "Podróżnik WC" Wojciech Cejrowski
Książka generalnie nie taka zła, natomiast chamstwo i arogancja autora popsuły wszystko. Więcej napisałam tutaj.

7. "Blondynka w Tybecie" Beata Pawlikowska
Trafiłam na to małe wydanie kieszonkowe. Katastrofa!!! Chaotyczne informacje powtórzone po 3 razy (małym drukiem, dużym drukiem i jako podpis pod obrazkiem) i powiem jedno: nigdy więcej nie wezmę do rąk tej mini edycji!

8. "Prowincja pełna marzeń" Katarzyna Enerlich
Jedna z najgorszych książek, jakie w ostatnich latach udało mi się przeczytać. Infantylny sposób bycia głównej bohterki plus banalna fabuła (coś pomiędzy Grocholą i Kalicińską w najgorszym wydaniu) daje w efekcie końcowym powieść, która najzwyczajniej w świecie męczy! Dodam jeszcze, że zarówno Kalicińską jak i Grocholę czytałam i nie mam żadnych uprzedzeń w stosunku do tych Pań :). Po prostu ta książka absolutnie do mnie nie przemówiła i wydała mi się wielką imitacją obu tych autorek.

9. "Rosyjski kochanek" Maria Nurowska

Lubię Nurowską, lubię jej styl pisania, jednak podobnie jak i w "Chlebie płaczu" myślałam, że pogryzę kanapę z rozczarowania odnośnie zakończenia.

10 "Zakochany duch" Jonathan Carroll
Nie wiem czy to ja wyrosłam z Carrolla, czy Carroll z pisania... Swego czasu bardzo chętnie zaczytywałam się w jego książkach, ale ta pozycja mocno mnie rozczarowała. Mam wrażenie, że była pisana na siłę i, że autor nie do końca miał pomysł na sensowne rozwinięcie akcji. Fabuła jest zagmatwana, momentami mocno przekombinowana, a żadna z postaci tak naprawdę nie przemawia do czytelnika. Słabiutka pozycja, niestety.

Ciekawa jestem jak typowały inne uczestniczki... Może jutro uda mi się poprzeglądać ich blogi.

niedziela, 9 października 2011

"Zapiski (pod)różne" Martyna Wojciechowska

Twórczość Martyny znam i lubię. Po przeczytaniu "Etiopia. Ale Czat!" sięgnęłam po "Kobietę na krańcu świata" oraz "Przesunąć horyzont", nic więc dziwnego, że kiedy na półkach sklepowych pojawiły się "Zapiski" i one trafiły na moją listę życzeń. Los chciał, że pewna dobra duszyczka (dzięki P.!) wyprzedziła moje zamysły i podarowała mi ją w prezencie. Przeczytałam z wielką przyjemnością!

"Zapiski (pod)różne" są książką zabawną i ciekawą. Jest to zbiór 34 mini reportaży z podróży, wraz z przemyśleniami autorki odnośnie życia na walizkach, ciekawości świata, kultywowania tradycji, szacunku do inności, a przede wszystkim sensu podróży samej w sobie. To niesamowite ile ta niepozorna kobieta ma w sobie siły, samozaparcia i odwagi! Nie brakuje jej również humoru, autoironii czy dystansu do otaczającego jej świata, dzięki czemu w książce tej poznajemy autorkę z nieco innej, bardziej osobistej strony, a świat widziany jej oczami staje się jeszcze bliższy.

Kolejnym plusem książki jest niewątpliwie jej wyważenie. Sytuacje zabawne ("Wizyta u szamana", "Elbrus pod napięciem", "Stara panna w podróży"), przeplatają się co rusz z tymi budzącymi zdumienie ("Kult kapcia", "Fabryka gwiazd", "Pocisk"), czy też mocno dającymi do myślenia ("Na szczęście", "Mongolski epilog", "Bez jaj"). Dzięki temu książka ta jest nie tylko świetną rozyrywką, ale również lekturą mądrą i wartościową, choć na całe szczęście pozbawioną patosu czy moralizatorstwa.

Przyznam szczerze, że sięgając po "Zapiski" miałam też pewne obawy. Bałam się trochę, że autorka poszła śladami innej znanej blond podróżniczki w komercję i będzie opisywała to samo o czym już kiedyś pisała, robiąc z tego masło maślane. Nic bardziej mylnego! Owszem, kilka anegdod znałam już z poprzednich lektur, jednak wtedy umknęły mi one jako tematy poboczne, natomiast teraz w formie bardziej spójnej i detalicznej ukazane zostały w całkiem innym świetle. Miłe i bardzo pozytywne zakoczenie.

Książkę mogę z czystym sumieniem polecić!

Moja ocena: 6/6

Opis z okładki:
Jak złapać największego węża świata, czy mongolska kuchnia wykwintnością dorównuje francuskiej, czym różni się wsiadanie do pociągu w Polsce od wsiadania do pociągu w ... Bombaju albo jak przewieźć samolotem (w bagażu podręcznym) dwumetrową lampę. Martyna Wojciechowska uwielbia podróżować, ponieważ każdy dzień w podróży jest jak jajko z niespodzianką. Jej najnowsza książka to zbiór felietonów, w których opisuje swoje przygody; czasami wesołe, czasami smutne, zawsze jednak uczące nas czegoś nowego o świecie, w którym żyjemy, a który widziany jej oczami jest tak niesamowicie inspirujący i piękny.


Książka dołącza do wyzwania "Reportesrkim okiem"


sobota, 8 października 2011

Śliwkowy Loop

O tym, że jestem strasznie ciepłolubna chyba już kiedyś wspominałam. Nie dla mnie lekkie szale nonszalancko zarzucone przez ramionko, kurteczka ledwo zakrywająca nerki czy też cienkie rajstopki do kozaków. U mnie musi być ciepło i już! To znaczy teraz, bo jak byłam młodsza jakoś nie miałam z tym problemów... ;-) W każdym bądź razie obecnie nie znoszę kiedy jesienno-zimową porą wiatrzysko wdziera mi się pod kurtkę, a że najczęściej dzieje się tak poprzez kark czy szyję, postanowiłam zrobić coś, czym bez trudu zamotam się pod same uszy i w ten o to sposób powstał śliwkowy szyjogrzej, zwany po niemiecku "Loopem", tudzież "Loop Schalem"



Wzorem ściągaczowym 2x2 wydziergałam szalik o długości ok 170cm, po czym go zszyłam odrobinkę przekręcając, aby się ładniej wywijał. Kolor - mój ukochany fiolet, natomiast włóczka to mieszanka wełny i akrylu zakupiona w Lidlu. Swoją drogą, to teraz chyba w ogóle nie wypada pisać, że się takiej włóczki używa, bo nie dość, że akryl, to jeszcze z Lidla, a w modzie są przecież te wszystkie alpakarnie, własne przędzenie, włóczka lace, że o ręcznym farbowaniu nie wspomnę... No trudno. Ja póki co mam co mam i będę to wyrabiać do oporu :)




Dane techniczne:

Wzór: ściągaczowy
Włóczka: Lidl
Skład: 30% wełny, 70% akrylu
Druty: 8

środa, 5 października 2011

"Liczby Charona" Marek Krajewski

Po miłej baśniowej lekturze Pani Terakowskiej zachciało mi się krwi i akcji :) Wybór nie był trudny, ponieważ na książkę Krajewskiego zacierałam ręce od dawna, tym bardziej, że jest to moja pierwsza lektura tegoż autora i tu jak nic potwierdza się stare porzekadło: "Cudze chwalicie, swego nie znacie"...

"Liczby Charona" są trzecią książką z serii lwowskiej, a więc tej o Edwardzie Popielskim (bohaterem cyklu wrocławskiego jest Eberhard Mock), jednak to, że nie czytałam "Głowy minotaura" czy "Erynie" absolutnie nie przeszkadzało w rozumieniu akcji, a jedynie zaostrzyło apetyt na pozostałe tytuły tego autora. Swoją drogą wielkim plusem czytania ostatnio wydanej książki Krajewskiego jest niewątpliwie brak możliwości porównania jej z pozostałymi - wielu recenzentów zarzuca jej schematyczność i przewidywalność, dla mnie jednak wszystko było nowe i niesamowicie ciekawe. Ale po kolei...

Edwarda Popielskiego poznajemy jako człowieka mocno zmęczonego życiem. Wydalony z pracy w policji po karczemnej awanturze z przełożonym stara się związać koniec z końcem udzielając korepetycji mało pojętnym i działającym mu na nerwy uczniom, a czas wolny przeznacza głównie na szwędanie się po knajpach, zalewając się w trupa i korzystając z usług pań lekkich obyczajów. Na niczym już mu nie zależy, gdyż praca w policji była całym jego życiem, a na powrót do niej nie ma szans. Do czasu... We Lwowie wydarza się pewne morderstwo. Morderstwo nieciekawe i wielce intrygujące – gwóźdź wbity w gardło pewnej bardzo grubej i zaniedbanej wróżki, a do tego ciało znajduje się w miejscu dość nietypowym, bo w gołębniku na poddaszu kamienicy z którą ofiara nie miała nic wspólnego. Tutaj policja próbuje jeszcze działać sama, jednak kiedy pojawiają się anonimowe wiadomości pisane w biblijnym hebrajskim, a do tego kodem matematycznym, pomoc Popielskiego staje się nieodzowna, gdyż to właśnie on specjalizuje się w filologii i matematyce wyższej. Popielski dostaje więc szansę powrotu do pracy, jednak sprawy komplikują się kiedy do akcji wkracza syn zamordowanej, piękna była uczennica Renata Sperling z kolejnym zleceniem, hardy hrabia Bekierski, a morderca zabija kolejną ofiarę...

Kryminał w bardzo dobrym wydaniu! Wspaniałe tło obyczajowe, barwne ale nie przekolorowane postacie, niebanalna fabuła i co najważniejsze - trudno przewidzieć kolejne ruchy mordercy, a już tym bardziej komisarza Popielskiego. Książka niesamowicie wciągająca. Czyta się ją jednym tchem!


Moja ocena: 5/6

Opis wydawcy:

Każdy może zostać Bogiem, wystarczy tylko poznać odpowiedni kod. Maj 1929 roku. Lwów. Komisarz Edward Popielski wyleciał z policji za niesubordynację. Wreszcie ma czas na rozwiązywanie zagadek matematycznych i... na miłość. Namówiony przez piękną Renatę podejmuje się ryzykownego zlecenia i szybko wpada w kłopoty. A we Lwowie znów wrze. Brutalne morderstwa wstrząsają miastem. I tylko policja wie, co kryje w sobie tajemniczy list od mordercy. W Liczbach Charona Popielski ma szansę zmienić swoje życie - wrócić do policji i założyć rodzinę z ukochaną kobietą. Ale miłość jest ślepa, podobnie jak sprawiedliwość...

Marek Krajewski
ur. 1966 - pisarz, filolog klasyczny. Przez wiele prowadził zajęcia na Uniwersytecie Wrocławskim, z których zrezygnował, aby zająć się wyłącznie pisaniem książek. Autor bestsellerowych powieści kryminalnych o Eberharcie Mocku i Edwardzie Popielskim. Zadebiutował w 1999 roku Śmiercią w Breslau. Jego powieści ukazały się w osiemnastu krajach. Laureat m.in. Paszportu "Polityki", Nagrody Wielkiego Kalibru, Nagrody Prezydenta Wrocławia.

wtorek, 4 października 2011

Weekend

Miniony weekend był u nas przedłużony ze względu na poniedziałkowy Dzień Zjednoczenia Niemiec, w związku z czym skorzystaliśmy z pięknej pogody i spędziliśmy go bardzo intensywnie. Przesympatyczne chwile ze znajomymi, rodzinne spacerki, wypad do Austrii... Było cudownie!

Sobota i niedziela bardzo towarzyskie. Najpierw odwiedził nas daaaawno niewidziany znajomy, a więc "nocne Polaków rozmowy" do samego rana, natomiast w niedzielę postanowiliśmy wybrać się z naszą "dzieciatą" paczką do tzw. Wildparku, a więc jakby mini Zoo, z tym, że spora część zwierzaków (pomijając niedźwiedzie, żubry, wilki, rysie itp.) biega tam wolno, gotowa w każdej chwili do pogłaskania i nakarmienia :)



Młodsze dzieciaki pochrapywały sobie w wózkach, starsze biegały za zwierzakiami, natomiast dorośli odprężali się w słoneczku przy lampce wina i wesołych pogaduchach. Piękne, nieśpieszne popołudnie...

Poniedziałek był za to dniem rodzinnym i postanowiliśmy wybrać się do Innsbrucka.



Obejrzeliśmy skocznię narciarską, zamek Ambras, podziwialiśmy góry i panoramę miasta, przeszliśmy się starym miastem, nacykaliśmy masę fotek i późno w nocy, ale bardzo zadowoloni wróciliśmy do domku. Muszę przyznać, że choć wypad był niesamowicie udany, to samo miasto troszkę mnie rozczarowało. Chyba naoglądałam się za dużo "Sissi", bo moje wyobrażenie o Innsbrucku było zgoła inne, dużo bardziej romantyczne, a tu nijakie kamieniczki i kilka zabytków, które również specjalnie nie powalały. Za to położenie bajeczne!!! Gdzie się nie spojrzy - Alpy, a te odkąd mieszkam w Bawarii kocham miłością wielką i dozgonną :)

Oby jak najwięcej tak miłych chwil!!!