niedziela, 15 maja 2011

"Książę Mgły" Carlos Ruiz Zafón

Szczerze? Jak dla mnie bez szału. Naczytałam się sporo recenzji, że książka rewelacyjna, a że autor zrobił już na mnie dobre wrażenie "Cieniem wiatru" i "Grą Anioła", to postanowiłam nabyć wyżej wspomnianą pozycję i niestety rozczarowałam się. Sam pomysł na powieść bardzo fajny, jednak dość kiepsko rozwinięty - naiwna i uproszczona fabuła, banalne zakończenie... szkoda. Mogło być na prawdę pięknie!
Generalnie książka ta okazała się być (jak dla mnie) miłym, ale absolutnie przeciętnym czytadełkiem o którym zapomina się w chwilę po odłożeniu na półkę.

Nota wydawcy:

Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej, na wybrzeżu Atlantyku, by zamieszkać w domu, który niegdyś należał do rodziny Fleishmanów. Ich dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy (Max widzi nocą w ogrodzie clowna i dziwne posągi artystów cyrkowych), ale ważniejsze, że dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, dzięki któremu mogą to i owo dowiedzieć się o miasteczku (np. historię zatopionego w wodach przybrzeżnych, pod koniec pierwszej wojny, okrętu "Orfeusz") i poznać dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya, który opowie im o złym czarowniku znanym jako Cain lub Książę Mgły, chętnie wyświadczającym usługi, ale nigdy za darmo. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą.

Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii.

Moja ocena: 3/6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pięknie dziękuję za każde pozostawione tu słówko.