środa, 21 grudnia 2011

Szyciowo cz.3 (Ozdoby)

To już ostatnie prace szyciowe, które pokazuję w tym roku. Maszyna do szycia została z bólem serca schowana i czas zabrać się do pakowania nie tylko wyjazdowego, ale i prezentów, które zerkają na mnie z każdego rogu mieszkania i zastanawiają się czy o nich nie zapomnę ;)

Choinka od wczoraj ubrana, więc i klimat świąteczny powoli się udziela... W tym roku obok bombek zawisło kilka ozdób, które wykonałam z juty oraz sznurka. Jak już wspominałam oszalałam ostatnio na punkcie takich surowych, naturalnych dekoracji, więc nie mogło ich zabraknąć na moim drzewku . Wykonałam ich w tym roku całkiem sporo i te, które nie powędrowały na choinkę będą  zawieszkami na prezenty, które ze względu na nietypowe gabaryty nie trafiły do worków z poprzedniego posta :)


Kiedy tak sobie przy tej mojej maszynie siedziałam i szyłam wyżej wspomniane drobiazgi, wpadł mi do głowy kolejny pomysł, mianowicie koszyczek na pierniki. Tzn. koszyczek znany jest w sieci pod nazwą "koszyczek na pieczywo", ale jaka to różnica co w nim siedzi ;) Tu jeszcze przed praniem i prasowaniem :


Kolejną inspiracją stał się natomiast telefon od Mamy, która podczas rozmowy o świątecznym menu narzekała, że zawieruszuł się jej przepis na ulubiony sernik. Niewiele myśląc złapałam pierwszy z brzegu zeszyt, obmierzyłam z każdej strony i uszyłam taki oto "przepiśnik", zawiązywany tak, aby nawet i luźne kartki nie miały prawa wyjścia na wolność :)


Zeszytów tego typu powstało jeszcze kilka sztuk (4 jeśli się nie mylę), ale wątpię, że zdążę je sfotografować przed wręczeniem, ponieważ czeka je jeszcze pranie i przyozdabianie, a czas goni...

W każdym bądź razie z szyciem chwilowo koniec. To o czym jeszcze chciałabym napisać, to pewna urocza książka oraz zaległości szydełkowe o których już kiedyś wspominałam, a czy się uda? Zobaczymy :)

wtorek, 20 grudnia 2011

Szyciowo cz.2 (Woreczki świąteczne)

Obiecałam, więc pokazuję :)

Na początek woreczki "prezentowe". Powstało ich kilkanaście, jednak wszystkie w podobnej, typowo świątecznej tonacji, więc nie będę  pokazywała wszystkich, a jednynie trzy przykładowe, bo pozostałe różnią się jedynie wielkością, rozłożeniem materiału czy też rozmieszczeniem aplikacji. Materiały wszędzie te same, czyli moja ukochana krateczka oraz czerwona i beżowa bawełna, ewentualnie koronka.





Prezenty zapakowane w takie woreczki odrazu nabrały innego wymiaru, stały się takie bardziej od serca...




Kolejne prace powstały za to na użytek domowy. Są to baaaardzo praktyczne woreczki na owoce i orzechy, które ostatnio pochłaniamy w ilościach hurtowych. Teraz nie ma już problemu z podrzucaniem sobie orzechów z pokoju do pokoju ;), a owoce dłużej zachowują świeżość. Myślę, że po świętach uszyję jeszcze kilka sztuk, choćby na drobiazgi Malucha, które powoli zasypują nasze mieszkanie...







Dla zainteresowanych podaję woreczkowe tutoriale, które mi pomogły: tutek 1, tutek 2, tutek 3

P.S. Czy Wam również czas ostatnio tak przyspieszył?! Robię tysiąc rzeczy na raz, a i tak nie wyrabiam!

czwartek, 15 grudnia 2011

Bułeczki razowe

Słowem wstępu... odkąd zaszłam w ciążę, zaczęłam zwracać większą uwagę na to co jem. Wiadomo, jest to stan wyjątkowy i o ile wcześniej nie przykładałam większej wagi do mojego jadłospisu, o tyle w momencie pojawienia się nowego lokatora, musiałam się mocno przestawić. Maluszek urodził się zdrowy i piękny, ale nie był to jeszcze koniec przygody ze zdrowym jedzeniem, bo podczas okresu karmienia trzeba było zadbać o to, aby mleko było jak najbardziej pełnowartościowe, a później przy pomocy diety pozbyć się tych kilku(nastu) nadprogramowych kilogramów :) W chwili obecnej osiągnęłam swój cel i w zasadzie mogłabym już dać sobie spokój ze zdrowym odżywianiem, ale prawda wygląda tak, że teraz nie wyobrażam już sobie powrotu do starych nawyków i nadal staram się wybierać produkty pełnowartościowe, jak najmniej korzystać z gotowców, a takie rzeczy jak pieczywo wykonywać sama, bo choć może nie wygląda ono tak pięknie jak te sklepowe, to smakuje o niebo lepiej, a do tego mamy pewność, że nie pochłaniamy samych zagęszczaczy i konserwantów :)

Przepis na pyszne bułeczki, który proponuję dzisiaj, znalazłam tutaj:

Składniki (wychodzi 8 średnich bułek):

 450g mąki pszennej razowej
2 łyżeczki soli
50g miękkiego masła
3  łyżeczki suchych drożdży
2 łyżeczki cukru
300ml ciepłego mleka
szklanka ulubionych ziaren

W misce wymieszać wszystkie suche składniki i ziarna, dodać masło. Wmieszać je w mąkę, a następnie dodać mleko i zagniatać, aż ciasto zrobi się gładkie i elastyczne. Wyrobione przełożyć do miski posmarowanej olejem, szczelnie przykryć i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Gdy ciasto podwoi swoją objętość, ponownie krótko wyrobić i formować 8 bułek. Układać je na blaszce, przykryć i odstawić na 30 minut (lub dłużej, jeśli konieczne) do napuszenia. Przed pieczeniem można je posmarować rozkłóconym jajkiem i posypać ziarnami, posmarować mlekiem lub oprószyć mąką.Piec 15-20 minut w temp. 220st.

Dobra, razowa mąka do podstawa. Obecnie na naszym rynku jest jej spory wybór, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Moim faworytem jest mąka żytnia oraz orkiszowa.



Ziarna i otręby są wręcz rewelacyjnym dodatkiem do wszelkich sałatek i pieczywa! Ja tym razem wykorzystałam ziarna dyni, słonecznik, siemię lniane oraz otręby pszenne, orkiszowe i owsiane.  


 

Mój mały pomocnik w akcji - dobry mikser wielofunkcyjny przyjacielem każdej kobiety! :D


A bułeczki wyglądają tak:




To znaczy wyglądały, bo zostało już po nich jedynie wspomnienie...

Następnym razem napiszę o chlebku dla leniwych :)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Zimowe inspiracje ;)

Ślubny przesłał mi linki do strony z takimi cudeńkami, a ja nie wiedząc czego się spodziewać zajrzałam i przy czapkach oplułam ze śmiechu monitor kawą :))) Kto wpada na takie pomysły?!

Kilka przykładów:













niedziela, 11 grudnia 2011

"Okno z widokiem" Magdalena Kordel

Cóż można napisać o książce, która oprócz tego, że była miłym przerywnikiem i wywołała kilka razy uśmiech na twarzy, okazała się być całkiem przeciętnym czytadełkiem?

Bohaterka sterana życiem w wielkim mieście udaje się w rodzinne strony, aby odpocząć po skanalu w który została niesłusznie wplątana, a ukochana babcia pomaga jej stanąć na nogi. W międzyczasie w miasteczku pojawia się bardzo zły bohater, który w miejsce wiekowej kapliczki pragnie wybudować nowoczesne hale, a nasza bohaterka wraz z kilkoma (oczywiście bardzo dobrymi) mieszkańcami miasteczka oraz studentami ściągniętymi z Warszawy, postanawia temu zapobiec, a czy jej się to uda? Raczej nietrudno się domyślić...
Strasznie schematyczne to wszystko i jednowymiarowe - albo białe, albo czarne, za to żadnych odcieni szarości...

Książkę Magdaleny Kordel przeczytałam z przypadku i poza kolejnością. Otrzymałam ją w mikołajkowej paczuszce, a że już wcześniej o niej słyszałam i opinie na jej temat były dość ciepłe, postanowiłam natychmiast po nią sięgnąć. Owszem, książka ta jest nawet całkiem sympatyczna, jednak absolutnie nic jej nie wyróżnia spośród tysiąca tego typu powieści.

Opis zaczerpnięty z merlina, który de facto nieco mija się z prawdą:

"Okno z widokiem" to powieść pełna zagadek i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, przez wiele lat skrywane sekrety rodzinne wychodzą na jaw... Grupa studentów archeologii dokonuje wstrząsającego odkrycia, a policjanci choć nieco niekonwencjonalni, wykonują swoja pracę z dużym zaangażowaniem i dobrymi wynikami. To również opowieść o ciepłej i pełnej miłości relacji pomiędzy wnuczką i babcią, o małomiasteczkowej społeczności i proboszczu, który jest nadzwyczaj otwarty na problemy wszystkich swoich duchowych podopiecznych. Wszystko to tworzy niepowtarzaną atmosferę i prowadzi do zaskakującego finału, w którym czynny udział poza główną bohaterką biorą mieszkańcy Malowniczego i przyjezdni: sędziwy profesor, jego żona, historyk amator, studenci archeologii, pewien przystojny strażnik miejski, przyszywany dziadek Róży, proboszcz i wielu, wielu innych. Książka poza ciekawą akcją nie pozbawiona jest humoru, który jak już się przekonali czytelnicy poprzednich powieści jest nieodłączną częścią twórczości Autorki.

Przyznam, że zapowiadało się dużo ciekawiej, niż okazało się w rzeczywistości... Polecam raczej tym, którzy są przemęczeni i szukają miłej odskoczni na kilka godzin, aniżeli tym szukającym większych wrażeń  :)

Moja ocena: 3/6

sobota, 10 grudnia 2011

Okazja czyni... spustoszenia w porfelu :)

Ciężkie jest życie człowieka z wieloma pasjami... jak nie włóczki, to koraliki, jak nie koraliki, to książki, jak nie książki, to materiały - zawsze znajdzie się coś co człowieka skusi, zanim ten zdąży się dobrze zastanowić nad swoim szaleństwem :) W ten o to sposób na mojej półce zagościł kolejny, pokaźny stosik, tym razem szmaciany:



Zakupy w Ikei złożyły się z nadejściem paczki z mojego ulubionego sklepu internetowego, stąd prezentacja zbiorowa. Część materiałów w klimacie świątecznym, część w tildowym, a część, to piękne bawełenki na podszewki.  Generalnie na każdy z materiałów jest już pomysł, ale że plany mogą jeszcze ulec zmianie, to póki co ich nie zdradzę :)



Ikea nie powaliła mnie dzisiaj jeśli chodzi o tkaniny. Te, które sobie wcześniej upatrzyłam na ich stronce okazały się na żywo byle jakie i w efekcie końcowym wybrałam coś całkiem innego - czerwoną bawełnę, bo coś ostatnio ten czerwony za mną chodzi, czarną z ptaszkiem oraz beżowo-białą. Oprócz tego trafiły się jeszcze dwie poduchy w na prawdę śmiesznej cenie (0,50€, czyli jakieś 2zł za sztukę), wręcz idealne na wybebeszenie, co mnie cieszy tym bardziej, że akurat potrzebuję wypełnienia do innych drobiazgów i nie miałam na nie pomysłu :)




W związku z tym, że Matka Polka ma dziś wychodne i wybiera się na ostatnie, przedświąteczne zakupy, pozostawiając latorośl pod okiem taty, pozostaje mieć nadzieję, że na jej drodze nie pojawi się żadna księgarnia, sklep dla hobbystów, tudzież kącik z koralikami, bo inaczej puści rodzinę z torbami :)))

piątek, 9 grudnia 2011

Szyciowo. Część 1

Na początek, bieżnik. Praca o tyle dziwna, że ani ja, ani moja druga połowa nie jesteśmy miłośnikami obrusów i na składzie mamy dosłownie 2 sztuki.  Jeden biały, świąteczny, a drugi beżowy, płócienny z pięknymi ręcznie wyszywanymi kwiatkami, który to otrzymaliśmy w spadku po prababci męża - miłośniczki i mistrzyni haftu. Kiedyś go tutaj z pewnością zaprezentuję, bo jest to po prostu małe dzieło sztuki!

Tym razem potrzebowałam jednak czegoś innego - prostego, nieco mniejszego, takiego w sam raz pod stroik, aby ten nie rysował nam stołu. Padło więc na bieżnik :)




Bieżnik jest prosty, lniany i choć rozważałam doszycie jakiejś koronki, to ostatecznie zdecydowałam się na wersję skromniejszą, bo po przymiarce ewentualnej koronki i stroika, stwierdziłam, że za dużo tego dobrego ;)



Oprócz bieżnika powstało jeszcze etui na okulary według tutorialu gazynii oraz chustecznik do kompletu. Materiał znany z tej torby.




Takich właśnie chusteczników powstało więcej - na prezenty oczywiście, ale nie będę Was nimi męczyła i symbolicznie zaprezentuję tylko jeden z nich :)




Na dniach wrzucę kolejne zdjęcia, tym razem woreczków na świąteczne prezenty, a póki co zbieram się do wspomnianej już wczoraj Ikei po kolejne materiały :D

wtorek, 6 grudnia 2011

Rozdawajki

Zapisałam się na trzy rozdawajki. W końcu kto nie gra, ten nie wygrywa ;)

Pierwsze i drugie candy organizuje cub@ libre.

 Szyciowe - szczegóły tutaj 


Filcowe - szczegóły tutaj


Trzecie candy jest książkowe i odbywa się na blogu Lego ergo sum . Do wygrania jest książka Tima Butchera pt.: "Front burzowy"




Może tym razem się poszczęści? :)

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Ja pierniczę...

Skoro Święta za pasem, to czas najwyższy pomyśleć o pierniczkach! Zazwyczaj robię je kilka tygodni wcześniej, aby zdążyły odpowiednio skruszeć, ale w tym roku nieco się zagapiłam  i dopiero podczas minionego weekendu wzięłam się do roboty.


Ja w tym roku zaszalałam i robiłam z podwójnej ilości ciasta, więc wyszło ich na prawdę sporo (po 17tej blaszce przestałam liczyć...), ale ludziom bez zobowiązań typu samotna ciocia czy też starsi, bezdzietni sąsiedzi, którym wypada się odwdzięczyć za te wszystkie drobiazgi, którymi obdarowują w ciągu roku Młodego, stanowczo nie polecam takiej zabawy ;)


Pierniczki wylądowały już tam, gdzie ich miejsce, czyli spora część w brzuchu małżonka ;), część w słojach na użytek domowy, a reszta w puszkach, które później powędrują do nowych właścicieli :)


Temat tegorocznych wypieków uznaję tym samym za zamknięty! Reszta na szczęście w rękach mamy i bratowej :)

niedziela, 4 grudnia 2011

Druga Niedziela Adwentu

To nie do wiary, że do Świąt zostały już niecałe trzy tygodnie! Czas przecieka mi między palcami i ostanio o mało co nie zapomniałam o stroiku adwentowym! No, ale w ostatniej chwili mnie oświeciło i jednak coś powstało :) W tym roku jest on dosyć skromny i zamiast bombek, kokardek czy też innych włosów anielskich, postawiłam na ozdoby w pełni naturalne.


Generalnie zauważyłam, że wraz z wiekiem mój gust w kwestii dekoracji drastycznie się zmienia. Wcześniej uwielbiałam wszelkie świecidełka, lekki przepych, natomiast teraz uważam, że im mniej, tym lepiej, a z ozdób królują u mnie przede wszystkim orzechy, żołędzie, suszone pomarańcze oraz przyprawy typu cynamon czy też anyżowe gwiazdki. Jak tak dalej pójdzie, to za kolejne 10 lat ograniczę się do samych gałązek ;)


Życzę wszystkim zaglądającym pięknego, a przede wszystkim spokojnego okresu przedświątecznego oraz tego abyśmy w wirze porządków i kucharzenia, nie zapomnieli o tym co najważniejsze!




Do usłyszenia niebawem!

sobota, 26 listopada 2011

"Dziewczyny wojenne. Prawdziwe historie" Łukasz Modelski

"Nie pozwoliły aby wojna zniszczyła ich marzenia.
Wojna to z pozoru męska sprawa. Zmienia jednak kobiece losy tak samo mocno, jak męskie. Jak żyć w czasach, gdy własne wesele kończy się aresztowaniem przez gestapo, gdy tylko bliski poród wstrzymuje wykonanie wyroku śmierci, gdy powodzenie zadania wymaga nawiązania romansu z wrogiem? Jak zachować kobiecą wrażliwość, gdy wokół panuje okrucieństwo, przemoc i niesprawiedliwość? Gdy najmodniejszym dodatkiem staje się biało-czerwona opaska, a w torebce, obok szminki i lusterka, trzeba schować pistolet?
Łukasz Modelski wysłuchał jedenastu niezwykłych historii kobiet, których młodość upłynęła pod znakiem drugiej wojny światowej. Są wśród nich córka marszałka Piłsudskiego i wnuczka księcia Lwowa, premiera rewolucyjnego rządu rosyjskiego, która pokochała legendę polskiego podziemia - majora Łupaszkę).
Nie chcą, by nazywać je bohaterkami, ale ich historie zapierają dech w piersiach - akces do oddziału żywych torped, udział w akcjach egzekucyjnych AK, ratowanie żydowskich dzieci. Pozostają zarazem młodymi, pięknym kobietami, które chcą kochać w tych nieludzkich okolicznościach, a do Powstania Warszawskiego idą w najlepszych sukienkach, aby być gotowymi na paradę zwycięstwa.
Wzruszająca i fascynująca lektura. Książka inna niż wszystkie."
(Opis z okładki)


Książka inna niż wszystkie... tak, to bardzo celne określenie. Już dawno nie zdarzyło mi się czytać książki w tak wielkim skupieniu i z takimi wypiekami na twarzy, a emocje temu towarzyszące, porównywalne z tymi po przeczytaniu "Kamieni na szaniec" po raz pierwszy, a więc niedowierzanie, duma i wzruszenie bez końca. Jedenaście niesamowitych kobiet, jedenaście niesamowitych opowieści:

1. Halina "Dzidzia" Witting z domu Rajewska: sześciogodzinna mężatka
2. Magdalena Grodzka-Gużkowska z domu Rusinek: po poręczy
3. Halina "Hala" Chlistunow: w tej letniej sukience
4. Zenobia "Zenia" Klepacka z domu Żurawska: trochę z boku
5. Barbara Matys-Wysiadecka: schowałam się, bo co ja powiem
6. Jadwiga "Jagoda" Piłsudska-Jaraczewska: jedyna Polka w rodzinie
7. Irena "Irka" Tyman z domu Baranowska: znaliśmy się od zawsze
8. Wanda Kiałka z domu Cejkówna: chciałaby Pani należeć gdzieś?
9. Lidia "Lala" Lwow-Eberle: jakoś samo przyszło
10. Alicja "Ala" Wnorowska: żadna wielka miłość
11.Zofia "Zosia" Wysocka z domu Wikarska: ja Ci dam wojnę


Odkąd sięgam pamięcią, wojna faktycznie kojarzy mi się tylko z mężczyznami. Opowieści o pradziadku wracającym z frontu (I wojna światowa), o dziadku (II wojna światowa), historie Taty, który zmuszony był brać udział w najeździe na Czechosłowację i który otarł się o wojnę w Iraku... Wszystko to znam jedynie z męskiego punktu widzenia. Kobiety miały w tym czasie inną rolę - opiekowały się dziećmi oraz schorowanymi rodzicami/teściami, a ponadto próbowały wiązać koniec z końcem w tych nieludzkich i ciężkich czasach, modląc się o szczęśliwy powrót swoich małżonków. Siłą rzeczy przekonana byłam, że takie właśnie są reguły gry i, że taki porządek tego świata, więc tym większym zaskoczeniem były dla mnie "Dziewczyny wojenne". Być może zabrzmi to nieco patetycznie, ale po części runął mój światopogląd. Runął, jednak w pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo i owszem, zdaję sobie sprawę, że płeć piękna miała w wojnie swój udział, jednak zawsze myślałam o takich Paniach w kontekście pojedynczych przypadków, takich które to podporządkowują całe życie innym, poświęcając się bez końca, kosztem własnego szczęścia czy rodziny. Okazuje się, że byłam błędzie, w bardzo dużym błędzie! Bohaterki tej książki, to nie tylko "żołnierze", ale młode kobiety z krwi i kości - rozśpiewane, malujące usta pomadką i noszące sukienki, mające swoje małe i duże  marzenia odnośnie studiów, mężów, dzieci, kokietujące, zadziorne, a jednak niesamowicie odważne, waleczne i zdolne do poświęceń, których nie powstydziłby się żaden mężczyzna. Mieszanka wybuchowa, sprawiająca, że nie sposób się od tych historii oderwać!

To co mnie w tej książce najbardziej urzekło, to sposób w jaki bohaterki opisują swoje przeżycia. Opowiadają wszystko bez cienia samouwielbienia, patosu czy też dramatyzmu, choć temat bardzo bolesny. Czasem z humorem, czasem z rezerwą, za każdym razem niesamowicie ciekawie. Nie wybielają się, często śmieją się ze swoich typowo "babskich" reakcji, sprawiają wrażenie, jakby takie rzeczy jak aresztowanie na własnym ślubie, zesłanie na 20 lat na roboty przymusowe do Rosji, poród i wychowywanie dziecka w więzieniu, latanie szybowcami pod ostrzałem czy też wieloletnia tułaczka po lasach z partyzanką, były czymś najnormalniejszym pod słońcem! Zapewne w tamtych czasach tak właśnie było, gdyż bardzo częto pojawia się stwierdzenie, że każdy chciał gdzieś przynależeć, działać, a więc szukał kontaktów do "podziemia", aby jak najlepiej służyć ojczyźnie, jednak z perspektywy czasu brzmi to tak niesamowicie, że czyta się to nie tyle jak historie prawdziwe, a jak powieść sensacyjną i najlepszy thriller zarazem. Gdyby nie liczne fotografie, można by się nie raz zapomnieć...

Tysiące myśli, tysiące pytań przelatuje przez głowę po przeczytaniu tej książki. Wbija ona w fotel i nie pozwala o sobie zapomnieć. Z czystym sumieniem POLECAM i to nie tylko miłośnikom historii, bo każdy, choć odrobinę wrażliwy człowiek znajdzie w niej coś dla siebie.

Moja ocena: 6/6


Książkę dopisuję do wyzwania "Reporterskim okiem"




wtorek, 22 listopada 2011

Być kobietą, być kobietą...

Czy ktoś jeszcze pamięta słowa piosenki Alicji Majewskiej o wyżej wspomnianym tytule?

Być kobietą, być kobietą - marzę ciągle będąc dzieckiem,
być kobietą, bo kobiety są występne i zdradzieckie...
Być kobietą, być kobietą - oszukiwać, dręczyć, zdradzać
nawet, gdyby komuś miało to przeszkadzać.

Mieć z pół kilo biżuterii, kapelusze takie duże
i od stałych wielbicieli wciąż dostawać listy, róże.
Na bankietach, wernisażach pokazywać się codziennie...
Być kobietą - ta tęsknota się niekiedy budzi we mnie...


Ja, osobiście bardzo ją lubię i właśnie przy akompaniamencie tejże piosenki powstało kilka nowych drobiazgów biżuteryjnych. Miało być delikatnie, kobieco i subtelnie - myślę, że się udało :)

Kolczyki wykonane z małych i dużych perełek Swarovskiego oraz srebrnych bigli i szpileczek:



Mniej szlachetne materiały (szklane koraliki oraz posrebrzane półfabrykaty), za to kolorki cudne!



A na koniec taka typowo babska zakładeczka do książki:


Tym razem będę egoistką i nic nie powędruje na prezenty. Wszytko zachowam dla siebie, a co! :)

poniedziałek, 21 listopada 2011

"Cukiernia pod Amorem. Hryciowie" Małgorzata Gutowska - Adamczyk

Nareszcie moja ciekawość została zaspokojona! Po kilku miesiącach męczarni związanej z wyczekiwaniem na kolejną część tej przepięknej rodzinnej sagi, mogłam się nareszcie zatopić w lekturze tomu trzeciego i w żadnym wypadku nie zgodzę się z opiniami, iż autorka każdym kolejnym tomem zaniżała poziom! Owszem, są one zróżnicowane, jednak moim zdaniem właśnie to działa na ich korzyść, ponieważ tym samym zaskakują i jeszcze bardziej wciągają.

Choć każdy z tomów opowiada o losach innej rodziny, to wspólnym mianownikiem wszystkich części jest tytułowa cukiernia oraz tajemnica pewnego pierścienia, odnalezionego po latach w podziemich Gutowskiego rynku. Historie wszystkich trzech rodzin subtelnie się przeplatają, a opowiadane są dwutorowo - z jednej strony śledzimy czasy dawno minione, z drugiej zaś współczesne, kiedy to potomkowie wspomnianych już rodów odkrywają kolejne tajemnice rodzinne, a równocześnie próbują odnaleźć się w otaczającej ich rzeczywistości. W książkach tych znajdziemy więc praktycznie wszystko, czego należy wymagać od porządnej, rodzimej sagi - wielowątkowość, ciekawych bohaterów, życie w czasach prosperity w pięknych, polskich dworach, wielkie miłości, niesamowite intrygi, czasy zawieruchy wojennej, masę emocji z nutką patriotyzmu, smutną Polskę w czasach PRLu oraz rzeczywistość, która nas obecnie otacza. To samo tyczy się bohaterów - wyraziści, sugestywni, pełnokrwiści! Każda postać, nawet ta drugo- czy też trzecioplanowa, jest tak wyraźnie zarysowana, że nawet przez moment nie ma się tego (jakże często spotykanego) wrażenia sztuczności i czy to czytając o hrabiach Zajezierskich, drobnych złodziejaszkach Cieślakach czy też o walczących o przetrwanie Hryciach , czyta się o ludziach z krwi i kości, ze wszystkimi ich słabościami, co akurat moim zdaniem ma o tyle duże znaczenie, że dzięki temu przestają być one postaciami "papierowymi", a stają się w pewien sposób kimś bliskim i tym mocniej przeżywa się ich losy.

Hryciowie są ostatnią częścią tej znakomitej sagi i znajdujemy tu rozwiązanie większości zagadek. Rozwiązanie zaskakujące i pozostawiające leciutki niedosyt. Zabieg autorki, aby czytelnik sam sobie dopowiedział niektóre kwestie jest według mnie strzałem w dziesiątkę, gdyż to, że nie ma tu wszystkiego podanego na tacy sprawia, że jeszcze długo po zakończeniu lektury snuje się własne domysły, a w ten sposób niełatwo o książce zapomnieć...

Jak i przy poprzednich częściach, tak i tym razem nie mogę wyjść z podziwu nad kunsztem Pani Gutowskiej - Adamczyk. Tyle wątków, tylu bohaterów, kawał polskiej historii, a wszystko połączone w tak spójną całość! Brawo. Z całego serca życzyłabym sobie, aby w polskiej literaturze pojawiało się jak najwięcej tak ciepłych, wciągających i wartościowych lektur.

Moja ocena: 6/6

Opis pochodzący stąd:

"Podczas wykopalisk na rynku w Gutowie archeolodzy dokonują niezwykłego odkrycia. Wzbudza ono zainteresowanie córki właściciela cukierni Pod Amorem. Iga próbuje rozwikłać dawną rodzinną tajemnicę. W poszukiwaniu odpowiedzi prześledzimy fascynującą historię rozkwitu i upadku jednego z najświetniejszych mazowieckich rodów.
W ostatnim tomie tej bestsellerowej sagi poznamy burzliwe losy Giny Weylen w czasie drugiej wojny światowej. Wyruszymy wraz z nią w pełną dramatyzmu podróż po okupowanej Europie, z rodziną Zajezierskich zaś pochylimy się nad tymi, którzy zostali w kraju.
Bliżej poznamy historię Celiny i jej małżeństwa, a także dowiemy się, w jakich okolicznościach Hryciowie stali się właścicielami cukierni Pod Amorem. Czy Idze uda się rozwiązać zagadkę tajemniczego pierścienia? Czy Celina wróci do zdrowia i spotka się z miłością swego życia? Czy spełnią się ambitne plany Igi, a jej ojciec zazna wreszcie szczęścia w życiu osobistym?
Autorka przeplata przeszłość z teraźniejszością, tworząc niepowtarzalną opowieść o silnych kobietach, ich marzeniach i namiętnościach oraz wytrwałym dążeniu do wyznaczonych celów."

czwartek, 17 listopada 2011

Mydełka domowej roboty

Jakiś czas temu buszując po wizażu przypadkiem zawędrowałam na ten wątek. Temat ręcznie robionych mydełek zafasynował mnie na tyle, że sukcesywnie zaczęłam zbierać materiały i testować, aż w końcu uzyskałam efekt, który mnie zadowolił. Moja mała kolekcja stopniowo się rozrastała, a w dniu dzisiejszym prezentuje się tak:



Nie muszę chyba dodawać ile zalet ma takie mydełko, pozbawione wszelkich konserwantów :)

Z tego co piszą forumowiczki, to mydełka takie można uzyskać, przetapiając najzywklejsze mydło typu "Biały jeleń" Polleny, jednak ja nie znalazłam tutaj dobrego odpowiednika, w związku z czym zamówiłam gotową bazę w kolorze białym i transparentnym. Cenowo wyszło porównywalnie, a zachodu przy topieniu dużo mniej :) Jeżeli chodzi o dodatki, to ja wykorzystałam naturalne olejki eteryczne, olejek jojoba oraz czystą witaminę E (zakupione w aptece), a do tego lawendę oraz zaparzoną kawę do celów peelingujących. Kupiłam również naturalne barwniki, aby mydełka były nieco bardziej zróżnicowane, bo jak można się domyślić, powędrują one na prezenty :)


Pierwsza seria, to mydełka lawendowe. Pięknie pachną, a dzięki ususzonej lawendzie, która mi pozostała po uszyciu woreczków zapachowych, mają również właściwości delikatnie złuszczające.


Kolejne mydełka są moimi faworytami. Kawa oraz czekolada, to zapachy, które sprawiają, że chce się je bardziej zjeść, aniżeli używać w celach pielęgnacyjnych :)



Ostatnia seria, to edycja świąteczna. Za sprawą olejku pomarańczowego oraz cynamonowego również pachną obłędnie! Co prawda koloro miał być dużo bardziej intensywny (czerwień wpadająca w bordo), ale niestety barwnik się nie wykazał i nie wyszło jak powinno. Myślę, że mimo wszystko jest ok :)



Jeżeli chodzi o dekorację, to wykorzystałam ogólnodostępne przyprawy świąteczne: laski cynamonu, gwiazdki anyżowe oraz goździki w całości, a do tego ususzoną jakiś czas temu pomarańczę. Wszystko po prostu podkleiłam mydełkiem transparentym.


Muszę przyznać, że świetnie się bawiłam przy wyrobie tych mydełek i aż troszkę żal mi się z nimi rozstawać, bo niesamowicie cieszą one oko i zmysły w te zimowe, szare wieczory...